Lapidarium toskańskie cz. I
08:58Zastanawiałam się, jak to wszystko ubrać w słowa, by Was nie zanudzić, by nadać wspomnieniom znośny kształt. I stwierdziłam, że najłatwiej będzie pogrupować moje wrażenia i każde z nich opisać w niewielu zdaniach, trochę jak w Lapidariach R. Kapuścińskiego.
Najpierw będzie o jedzeniu i tematach z nim związanych…
1.
OGRODY, POLA, POLETKA:
Zauroczona patrzyłam na mijane pola, przydomowe ogródki i grządki, które żółciły się od kwiatów cukinii i poprzetykane były tyczkami dźwigającymi zielonkawe, leniwe dojrzewające pomidory.
W jednym z miasteczek widziałam, jak babcia wyszła do ogródka, by zerwać pomidora i garść bazylii na kolację. Ciekawe, czy miała w planach caprese?
W ‘naszym’ ogrodzie rosły fioletowe figi, z których po pęknięciu wylewał się słodki, gęsty sok. W starych, poobłupywanych donicach rosły drzewka dźwigające cytryny, pomarańcze i kumwaty. Moje spotkanie z ogromnym, rozłożystym krzakiem rozmarynu skończyło się wdepnięciem w pokrzywy – z wrażenia nie zwróciłam uwagi na to, gdzie idę. Na samo wspomnienie doniczki, w której ledwo zipie mój rozmaryn, dusza ma pogrąża się w czarnej rozpaczy…
Parapety każdego napotkanego miasteczka wypełniały doniczki z ziołami - królowała bazylia. Chwilami miałam wrażenie, że wąska uliczka, w którą akurat wchodzę, pachnie bazylią…
2.
OWOCE i WARZYWA:
Melony:
nie jem melonów, które można dostać w Pl, bo są po prostu niedobre. Co innego we Włoszech… Miękkie, ociekające sokiem, o brzoskwiniowej barwie i miodowym smaku. Jemy je w najprostszej postaci, czyli pokrojone w cząstki, jemy w towarzystwie słonego prosciutto, jemy w owocowej sałatce (melon, arbuz, brzoskwinia, sok z cytryny).
Avocado:
chyba przestanę jeść także ‘polskie’ avocado… Po tym, jak poznałam konsystencję i smak włoskiego, odechciewa mi się dłubać w twardych owocach, które mogę dostać w Polsce.
Niebiańskie było guacamole, jakie dwa razy pojawiło się na naszym toskańskim stole. Już wiem, o co w tym wszystkim chodzi: to przenikanie smaków, mieszanie zapachów i konsystencji. Maślane avocado delikatnie oblepia wilgotne pomidory, a chrupka cebula swą twardością przełamuje miękkość tych dwóch pierwszych. Sok z cytryny wyostrza smaki, bo guacamole musi być wyraziste –słone, ostre, kwaskowate. Bruschetty z guacamole to najpyszniejsze wspomnienie, jakie przywiozłam z Włoch.
Pomidory:
parafrazując uroczą reklamę: nasze pomidory prześcignęły ich pomidory!
To dziwne, ale po degustacji kilku rodzajów pomidorów (z różnych źródeł) stwierdziłam, że nie ma to jak nasza polska malinówka albo bycze serce. I nawet toskańskie słońce nie jest w stanie nadać pomidorom takiego smaku, jak mają nasze polskie.
3.
INNE WIĘSZE I MNIEJSZE PYSZNOŚCI:
Nabiał:
niemal co dzień na śniadanie jadłam mocno kremową i puszystą ricottę. Moje pierwsze spotkanie z tym serkiem miało miejsce tej zimy, w Livigno, kiedy to jadłam ją na słonej focacci. Tym razem chleb z reguły był bez smaku*, więc ricottę delikatnie dosalałam.
Kolejny zachwyt to wilgotna, delikatna mozarella, zajadana w domowej caprese.
Rozczarowanie to jogurty, kompletnie mi nie smakowały - nie ta konsystencja, nie ten smak.
Słodycze:
fala upałów sprawia, że kawałek różowego, soczystego arbuza w pełni zaspokaja apetyt na słodkości. Wyjątkiem są lody – gdy temperatura przekracza 30 st. C., marzę o cytrynowym szorbecie**. Spełnienie tych marzeń nie nastręczało mi wielkich trudności, bo każdy wie, że we Włoszech kolorowe gelaterie są wszędzie. Jadłam więc cytrynowe sorbety, jadłam lody o smaku pinioli czy cantucci, ale w moim wafelku zawsze lądowała gałka lodów jogurtowych, które nigdzie nie smakują tak pysznie, jak we Włoszech.***
Kawa:
jestem uczulona na okropną kawę. Naprawdę, nie ma nic gorszego niż mętna, bezsmakowa lura, zaprawiona kroplą śmietany z plastykowego pudełeczka. Dlatego też we Włoszech czułam się jak w raju – ani jednej niedobrej kawy! Czy to było capuccino z delikatną pianką, czy czarne jak smoła espresso w filiżance wielkości naparstka, wszystko było idealnie przyrządzone. Zazdroszczę Włochom tego przywiązania do dobrej kawy. W Polsce musiałabym wypluwać na serwetkę**** co drugą próbowaną kawę…
(napis w górnej części mozaiki to graffiti znalezione na ścianie w Pizie)
4.
RESTAURACJE, KAWIARNIE:
miałam ochotę robić zdjęcia każdej wepchniętej w wąską uliczkę restauracyjce. Zauroczyły mnie proste stoliki z dwukolorowymi serwetami, prosta zastawa i parmezan w miseczkach.
Mam za sobą kilka obiadów w takich miejscach. I choć nie zawsze było idealnie, jedno jest pewne - zawsze było ładnie : ) Na zdjęciu (zgodnie z ruchem zegara): tagliatelle z ragu, gnocchi bolognese, nasza domowa caprese, uszka w sosie serowym, wina, które zastaliśmy w kuchni, canneloni faszerowane ziołami i ricottą, sałatka makaronowa z pesto, gnocci z pesto, okruchy po bagietce, cantucci z czekoladą, sałatka z farro i pomidorkami cherry i talerz zakąsek.
5.
ZAKUPY:
oczywiście pierwsze spotkanie z toskańskim marketem przyprawiło mnie o palpitacje serca: niekończące się półki z makaronami o najdziwniejszych kształtach, stosy serów o nieznanych nazwach, zapierające dech w piersiach stoisko rybne (a na nim takie małe różowe rybki, co je Jamie polecał; ), kilkadziesiąt rodzajów balsamico, itepe, itede.
Starym zwyczajem, zaglądałam w koszyki tubylcom. Obserwacje wprawiły mnie w zachwyt- pulchna kobieta z dwójką dzieci do koszyka wrzuciła pomidorki cherry, rucolę, jakieś sery i kilka KinderKanapek. Nijaki mężczyzna w średnim wieku wywalił na taśmę kilkanaście kilogramów makaronu o różnych kształtach, a staruszek, który stał przede mną w kolejce do wagi, włożył do koszyka melon i doniczkę bazylii. Oto Włochy!
W moim koszyku wylądował ocet balsamiczny, trzy oliwy, kilogram farro, grissini i winko, suszona cieciorka (wiem, wiem, że nie musiałam jej wieźć… ale była taka tania!: ), makaron o śmiesznym kształcie i paczuszka włoskiej kawy.
Czuję się, jakby w samym środku lata odwiedził mnie Święty Mikołaj.
* nie wiedzieć czemu, w Toskanii przyjęło się, że nie soli się pieczywa; tym samym każdy rodzaj pieczywa miał ten rodzaj smaku, co nieposolony makaron albo takiż ryż… jedynie w bagietkach dało się wyczuć trochę soli;
** głoszę wyższość szorbetów nad sorbetami;
*** natomiast w Polsce najlepiej smakują mi lody chałowe – uwielbiam!
**** pamiętacie, jak włoski polityk (Berlusconi?) wypluł na serwetkę kawę, którą mu zaserwowano?







29 komentarzy
Aniu super relacja :)) czuję się normalnie jakbym tam była :) tym bardziej, że moja znajomi są w tej chwili m.in. w Toskanii i otrzymuję - chyba za karę bo miałam z nimi jechać - codzienne relacje :) ale Ty tak pięknie to opisałaś że czuje te smaki i aromaty jeszcze wyraźniej no i jeszcze bardziej żałuję, że nie mogłam jechać
OdpowiedzUsuńi fajnie że już wróciłaś i czekam niecierpliwie na ciąg dalszy relacji :)
pozdrawiam !!
Ale sie rozmarzylam.... Toskana to moja wielka milosc. Niestety musze czekac az do przyszlego roku aby ja odwiedzic. A na razie ruszam na nauke wloskiego :) Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńSzorbety, ach szorbety! Ja też je uwielbiam!
OdpowiedzUsuńPiękny opis podróży, aż chce się tak jechać...
Aniu, co Ty opowiadasz?!? Zanudzic nas swoimi realcjami?!? To jest absolutnie niemozliwe! :)
OdpowiedzUsuńCiesze sie, ze wakacje tak udane, ale to bylo chyba do przewidzenia ;)
Widze tez, ze mamy sporo wspolnego ;)
A co do pomidorow, to ja tez z nostalgia wspominam malinowki, ktorymi zajadalam sie u babci na wakacjach : wspanialy chleb domowego wypieku, maslo domowej roboty, plasterki malinowek z krzaka i odrobina soli, zyc nie umierac...
Pozdrawiam serdecznie!
Aniu, przecudnie i ciekawie opisałaś! Wspaniale się czyta Ciebie zawsze,a w tej chwili jeszcze bardziej, bo przypominam sobie swoje odkrycia włoskie i swoje wspomnienia. Ach...
OdpowiedzUsuńItalia jest boska, jest piekna, mnie zauroczyło w niej wszystko.
A gelaterie odwiedzałam codziennie, bo lody we Włoszech jak kawa - sa najlepsze !:)
Wąskie uliczki, architektura, zioła i kwiaty w doniczkach na oknach, na parapetach przy drzwiach. Ach i ta atmosfera, tak inna, tak leniwa, tak kochająca zycie.
Masz racje - melony we Włoszech są zupełnie inne, pyszne, ociekające sokiem, wspaniałe z prosciutto. Zakochalam się tez w świeżych figach, bombowe są! :)
Ach,, wspomienia, pachnace, wspaniałe ... Tęsknie za Italią...
Dziękuję Aniu za piękną relację.
No i jestem głodny. Dzięki.
OdpowiedzUsuńCo do kawy i serwetki, to jest moja ulubiona scena w Mulholland Drive - gdy włoscy mafiozi są częstowani kawą przez Amerykanów. Przychodzą tam któryś raz i zawsze do kawy proszą serwetkę. Amerykanin zaklina się, że tym razem kawa będzie dobra, bo dowiedział się dokładnie jaką kawę kupić i jak ją przygotować. Oczywiście Włoch kolejny raz bierze łyk kawy i natychmiast wypluwa na serwetkę. Dla mnie to właśnie ta scena jest kwintesencją włoskiej kawy - rzeczywiście, w każdym barze, w każdym dokładnie miejscu włoskie espresso jest wyborne. Tak nie ma nawet we Francji, nie wspominając o innych krajach.
Piękna relacja.
Jeszcze chciałam dodać,że ja uwielbiam ten chleb bez soli :)))
OdpowiedzUsuńnim doszłam do opisu pomidorów chciałam juz Ci napisać: to zostań tam skoro u nas wszystko jest niejadalne ;) no ale skoro pomidory są lepsze to można i u nas pomieszkać ;)
OdpowiedzUsuńpiękny opis, niezwykle zachęcający do podróży
Wspaniale się czyta Twoją relację, aż mi się przypomniała moja podróż do Włoch i wizyty w tamtejszych sklepach :) Ależ bym się chciała znowu wybrać w taka podróż :)
OdpowiedzUsuńAniu, mam nadzieje, ze nie bedziesz miala mi za zle, ze zacytuje Twoj fragment o guacamole w moim jutrzejszym wpisie.
OdpowiedzUsuńZ gory dziekuje :)
Nie wstyd Ci fotografowac jedzenia w knajpach? Wyglada to tak, jakbys nigdy nie byla w restauracji i cieszyla sie jedzeniem jak dziecko:-)Glupie to troche, tym bardziej ze widzialem jak ludzie fotografowali a kelnerzy sie podsmiewali z tego:-)
OdpowiedzUsuńAniu, witaj pourlopowo! :) Relacja piękna, smaczna i pachnąca Toskanią. A mnie pomidory najbardziej smakowały w Grecji :)
OdpowiedzUsuńPewnie się powtarzam, ale cudownie się Ciebie czyta Aniu!!!
OdpowiedzUsuńJogurty mnie zakoczyły, bo myślałam, że tylko u mnie takie paskudne są ;-) Miłość do włoskich gelato zupełnie rozumiem i przy nastepnej wizycie we włoskiej gelaterii (tak, tak u mnie też są :-)) na pewno wypróbuje jogurtowe :-) A kawy strasznie zazdroszczę, bo tu gdzie mieszkam dostanie filiżanki dobrej kawy graniczy właściwie z cudem ;-)
Buziaki :-*
Pięknie opisane, pięknie sfotografowane. Bardzo chciałabym pojechać do Toskanii, ale jakoś nigdy nie możemy się zebrać, choć praktycznie co rok te podróż planujemy. W każdym razie: zazdroszczę!
OdpowiedzUsuńa ile bedzie częsci? mam nadzieje ze jak najwiecej! oczywiscie ze nie zanudzasz! czekam na wiecej i wiecej:)
OdpowiedzUsuńmowisz ze melony nie dobre w Polsce? ja myslalam ze smaczne;) jadlam kiedys w Niemczech i tam mi nie samkowaly...
pieknie piszesz, czekam na wiecej!
Aniu, ja sie pakuje, a tu taki cudny wpis przeszed mi kolo nosa... Zdjecie z pomidorkami i czosnkiem jest boskie, bede o nim myslec przez najblizsze dni! Oj cudna widze mialas wyprawe... Buziaki :)
OdpowiedzUsuńAniu, Toskania jeszcze przde mną. A Twój wpis tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że koniecznie muszę tam pojechać:)
OdpowiedzUsuńAaaaaaaaależ Ci zazdroszczę! ;) Fajnie to wszystko opisałaś. Aaaa! i ja też lubię na zakupach zaglądać ludziom do koszyków ;)
OdpowiedzUsuńA za rok i ja powitam Toskanię :)
Aniu, jednak nie moglam jechac bez doczytania tego wpisu do konca: ach co za wyprawa i jeszcze jak fajnie opisana! Ta Toskania, ta wloska kuchnia, ta jakosc produktow... Rozmarzylam sie :-)
OdpowiedzUsuńUsciski :***
PS. lody jogurtowe, moje ulubione - jestes pierwsza osoba ktora je lubi, do tej pory naprawde myslalam ze jestem dziwna, ale widze ze i Ciebie oczarowaly ;-)
Bardzo fajnie opisałas, pouczajace dla tych co nie byli a będą...wspomnienie dla tych co byli i nie wiadomo czy jeszcze będą...pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńAch Aniu, Aniu! Przeczytałam jednym tchem! A mogłabym drugie tyle, albo i więcej. :) Byłaś w RAJU!
OdpowiedzUsuńJa chcę znów do Włoch!!!!!
OdpowiedzUsuńZgadzam się ze wszystkim co napisałaś: dbałość o jakość, prostota dań, piękno zwykłych chwil i rzeczy... i ta kawa! Ach...ta kawa prześladuje mnie. Chyba nigdzie nie ma tak wspaniałej, zniewalającej kawy jak w Italii:)
Przekonam się o tym znowu najwcześniej na wiosnę...
Pozdrawiam Aniu!:)
Swietnie sie to czyta:)Czuje jakbym tam byla:)I az zglodnialam:DD
OdpowiedzUsuńPo kilku zdjeciach w GP po prostu musialam tu zajrzec:)
Pozdrawiam-Fetti:)
Uwielbiam kulinarne wspomnienia z podróży. Poprzednie wakacje aż się od nich roiły. Najpierw Południowa Francja - Cannes, Saint Tropez i Nicea. I tu muszę się z Tobą nie zgodzić. Najlepsze lody na świecie jadłam właśnie w Nicei. Ogromny wybór smaków, a lody sporządzane na miejscu, "na widoku", z naturalnych i świeżych produktów. TO był jedyny raz kiedy jadłam lody figowe i nigdy nie zapomnę tego cudownego smaku.
OdpowiedzUsuńPóźniej było Rodos i codziennie inna knajpka w starożytnych murach miasta. Wegetariańskie musaki, feta i pomidory.
Tego nigdy się nie zapomina ;)
Fetti, jak miło, że wpadłaś :)))
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Was wszystkich! Strasznie mi miło, że przebrneliście przez to z niejaką przyjemnością ;)
lovely pictures ^^!!! XOXO
OdpowiedzUsuńjak chałowe lody mogą być dobre? ^^
OdpowiedzUsuńale tak - chałwowe są mega. tak jak i sama chałwa i wszystko, co ma smak chałwy. c:
Cook-book, dopiero to zauwazyłam, ale masz oko! :) Świetna literówka mi wyszła...
OdpowiedzUsuńLody chałowe chyba nigdy nie będą dobre :)
Mayu, pewnie tak, nie trafiłam na własciwe pomidory... Ale wiesz, tak sobie myślę, ze to dobrze- dzięki temu moje relacje nie są do końca różowe. Odrobinka goryczy wskazana ;)
OdpowiedzUsuńOch, do Lazio wybrałabym się z przyjemnością :)