Wespół zespół z panią Marią I.
18:16
Lubię szperać. W dawno nie otwieranych szufladach, w kartonowych pudełkach z zapomnianymi skarbami, w segregatorach z przepisami, w sklepach z rupieciami, w antykwariatach, w księgarniach...
Szczególnie miłe jest mi szperactwo antykwariatowe, pośród nadgryzionych zębem czasu książek, w atmosferze o lekko bibliotecznym zabarwieniu*.
Czasem odwiedzam pewien antykwariat we Wrzeszczu. Z reguły wychodzę stamtąd z jakąś zdobyczą: to w nim kupiłam za grosze trzy tomy opowiadań Iwaszkiewicza, stare wydanie „Pestki” czy serię książek Gombrowicza. Ale najwięcej czasu spędzam przy półce z książkami kulinarnymi. I choć nie znalazłam tam nigdy naprawdę starej książki kulinarnej**, to jednak lubię przeglądać urocze książki z czasów PRL-u, z tysiącem przepisów na potrawy z mleka, z opowieściami o kuchni radzieckiej czy :niesamowitych" zwyczajach kulinarnych mieszkańców Stanów Zjednoczonych albo z poradami, jak wykorzystać nadpleśniały słoiczek dżemu.
Ostatnia wizyta we Wrzeszczu była nad wyraz udana, bowiem w ręce wpadła mi książka, za którą od dawna się rozglądałam: „Gawędy o jedzeniu” Marii Iwaszkiewicz. Wiedziałam, że połknę ją w kilka chwil i się nie myliłam. Książka była smaczna i zabawna. Lekko ironiczna i bliska mojemu widzeniu świata.
Dziś zacytuję przepis na powidła śliwkowe (wzbogacając go o kilka składników, dzięki którym powstają nasze domowe powidła). Posłuchajcie, jak ładnie można pisać o tak prostych rzeczach:
Do zrobienia powideł potrzebne nam są następujące rzeczy: sad ze śliwkami węgierkami, pogoda w kwietniu lub maju, gdy śliwy kwitną, pogoda we wrześniu i sierpniu, gdy śliwy dojrzewają, drabinka, mąż, który lubi się wspinać na drzewa i odróżnia śliwkę robaczywą od nierobaczywej, duży sagan, kuchnia – niestety – węglowa, kopyść do mieszania i dużo cierpliwości do tegoż. Potem to już głupstwo.
Sad – jest.
Pogoda w kwietniu i maju – była.
We wrześniu i sierpniu – także.
Drabinka – niepotrzebna, bo śliwa niewielka.
Mąż – brak, ale poradziłam sobie bez niego ;).
Duży sagan – był.
Kuchnia niestety gazowa.
Łycha drewniana do mieszania.
Cierpliwość umiarkowana.
Cd. przepisu M. Iwaszkiewicz:
Należy śliwki przekrajać, pestkę wyrzucić; wybierać tylko bardzo dojrzałe owoce. Wrzucić do garnka i postawić najpierw na ostrym ogniu. Śliwki powinny puścić dużo soku, przy czym poziom ich w garnku znacznie spadnie. Nie wolno dodawać śliwek już w czasie robienia powideł. Śliwki zmieniają pomału kolor na coraz bardziej brązowy.
W miarę gotowania stawiamy na mniejszy ogień tak, że masa powinna być tylko z lekka perkotać w s y m p a t y c z n y sposób. No, i niestety ciągle mieszać, ponieważ powidla mają tendencję do przypalania się. Jeżeli nabiorą troszeczkę dymnego zapachu – to nie szkodzi, ale za wiele nie można.
A z cukrem postapić tak: jeżeli śliwki były bardzo słodkie, wystarczy kilogram cukru na ok. 8 kilo śliwek. Trzeba próbować i osłodzić do smaku. (…) Cukier dosypujemy mniej więcej w połowie smażenia, który to proces musi trwać ok. 2 dni, po 8 godzin każdego dnia. Zaprzestać smażenia, jeżeli powidła nabrane na łyżkę spadają wielkimi płatami.(…)
My robimy powidła korzenne***, dodając w trakcie smażenia
orzechy włoskie
albo płatki migdałowe (najlepiej podprażone na patelni),
kilka ziaren kardamonu i
goździków łyżkę (jedne i drugie utłuczone w moździerzu),
na koniec cynamon (sproszkowany lub w formie lasek).
Potem to już głupstwo.
* z przeciągłym ciiiiiii, połączonym z pełnym dezaprobaty spojrzeniem wysyłanym przez wyblakłe sprzedawczynie, które niczym cienie przemykają między półkami;
**naprawdę stara książka kulinarna to dla mnie książka wydana przed 1950 r.;
***a powidła korzenne czekają w słoikach na zimowe dni z filiżanką herbaty i złocistą grzanką z drożdżowego ciasta;
33 komentarzy
Zapomniałabym... Robiłam jajka w koszulkach Twoim sposobem. Super patent :)
OdpowiedzUsuńAle ładnie napisałaś...:)
OdpowiedzUsuńA powidła korzenne... Już tyle mam tych różnych (Bea była moją inspiracją) powideł ale..., może... spróbować i te..., Twoje? Śliwki jeszcze są... Weekend idzie... Pomyślę...
Potem to już głupstwo... Ładnie brzmi :).
OdpowiedzUsuńA powidła ładnie wyglądają. Najlepiej je się je łyżeczką ;). Przy kominku. Bajka...
Cudny ten przepis... Aż zapachniało:)
OdpowiedzUsuńAnulka, ujelo mnie ostatnie zdjecie, po prostu pieknie wyglada ta filizanka, doskonale swiatlo, musze to napisac teraz :-) reszta poczeka do jutra...
OdpowiedzUsuń:***
"A potem to już głupstwo" - hehe :) Cudowne! ;)
OdpowiedzUsuńPowidła z orzechami? To musi smakować!
buzia Truskaweczko :)*
A ja w tym roku nie smażyłam powideł i pluję sobie w brodę :(
OdpowiedzUsuńA te książki z czasów PRL to rzeczywiście zabawne :) I jeszcze te obrazki w nich :)
Przepis super, choć jeśli się nie mylę to dla purystów powidła nie mogą być z cukrem :) Za to korzenne i orzechowe dodatki mniam mniam :)
Aaa, no i zapomniałam jeszcze o tym zdjęciu ostatnim - ono jest BOSKIE!!! Jak wszystkie zresztą, ale to szczególnie :)))
OdpowiedzUsuńBuziak cieplutki :***
Ze wszystkich owocowych przetworów ukochałam sobie najbardziej śliwkowe powidła, czasem nawet palcem wyjadane ze słoika. (i sobie właśnie pomyślałam, że śmieszne to słowo - przetwory)
OdpowiedzUsuńPrzepis uroczo napisany - "lekko perkotać w sympatyczny sposób"...
A zdjęcia... jak zawsze poezja!
pozdrawiam ciepło :)
Aniu, jak ja uwielbiam powidla! To najdoskonalszy z przetworow!
OdpowiedzUsuńI tesknie do nich bo tu nie ma. Czasem kupie lowiczowskie w Polskim sklepie ale to juz nie te same co u mamy :)
Też bardzo lubię tę książkę, podobnie jak "Gawędy o przyjęciach"
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Słodkie powidła śliwkowe to mój ulubiony deser. Sadu nie mam, męża też nie, o drabince mogę pomarzyć ale 4 słoiczki w tym roku zrobiłem:)
OdpowiedzUsuńUroczy wpis :) Mogłabym tak czytać i czytać. Aniu, nie chcesz napisać książki?
OdpowiedzUsuńPowidła zapewne pyszne, ja uwielbiam powidła i chętnie bym Twoich skosztowała, choć odrobinkę. Mogę?
Pozdrawiam ciepło :)
Takie "głupstwo" trwa u mnie 3 dni. Ach ! Te chwile ,gdy smaży się powidła i zapach "przypalanki" rozchodzi się po całym domu, są niepowtarzalne.
OdpowiedzUsuńAniu uwielbiam te Twoje turkusowe opowieści posypane cukrem pudrem...
Jak przyjemnie poczytać taki pachnący powidłami i okraszony pięknymi zdjęciami post w buro-zimny jesienny piątek. Aż ciepło się na duszy robi! Miłego weekendu!
OdpowiedzUsuńE.
Aniu chciałabym coś madrego napisać, ale jestem tak zmęczona, że nie jestem w stanie dorównać choć trochę Tobie w opowiadaniu, więc tylko zostawiam znak że byłam i idę spać :*
OdpowiedzUsuńPrzypomnialas mi wlasnie jak dawno juz nie bylam w antykwariacie :) Tak strasznie lubie tam buszowac. Kiedys specjalnie jezdzilam do Lodzi aby w tamtejszym antykwariacie kupic ksiazki o sztuce i powiesci mojego ukochanego Dickensa :) Ksiazki kucharskie kupowalam rzadko, teraz zamierzam to nadrobic jak tylko znajde ku temu okazje :)) Powidla sliwkowe uwielbiam. Moja mama tez zawsze gotuje je dwa dni. A ja uwielbiam je podjadac :))
OdpowiedzUsuńja też bardzo lubię książki Marii Iwaszkiewicz i do Ciebie też bardzo lubię od dawna zaglądać, a czemu sie dotąd w komentarzach nie uwieczniłam?! Brzydkie lenistwo chyba to było;-) A tu jest pięknie i ciepło, pozdrawiam serdecznie
OdpowiedzUsuńPrzepis opisany w naprawdę uroczy sposób. Powideł nie mam w tym roku...
OdpowiedzUsuńAniu, no wspaniałe te Twoje "głupstwa". :) Naprawdę. :) I wiesz co, jeszcze stół mi się podoba. :) A podoba mi się, bo ja lubię stoły. Najchętniej z prawdziwego drewna i o ładnej barwie. Nie wiem czy Twój jest drewniany, ale barwę ma cudną. :)
OdpowiedzUsuńWspaniała ironia.
OdpowiedzUsuńSad, drabinka, trochę dymu nie zaszkodzi...
Kochana piękny przepis-fragment. Ależ to musi być ciekawa książka.
Rozpoczyanm poszukaniwania.
A Twoje słoiczki imponujące - tym bardziej, że ja jeszcze nic w życiu nie zwekowałam. Nie licząc robaków na ryby :P
Ale we czwartek, przyjedzie siostra cioteczna, kucharka pierwsza klasa i mamy dil ;) ja ją nauczę chlebka ona mnie słoiczka.
Miłego wieczoru
M.
Ale się Ciebie czyta...
OdpowiedzUsuńI zdjęcia [lubię zdjęcia zwykłych, domowych rzeczy]...
Bajka.
Pozdrawiam ciepło!
D.
Aniu, czy ten antykwariat to ten kolo stacji wrzeszcz? w lewo w strone grunwaldzkiej i po schodkach? hehe ale opis co ? ale pamietam ze byl b. dobry... super piszesz i zdjecia tez:)
OdpowiedzUsuńKURCZĘ, skasowało mi wszystkie odpowiedzi na Wasze komentarze!!!! Pisałam wieczorem przez jakiś czas...
OdpowiedzUsuńZaczynam od nowa, ale pewnie trochę bardziej zdawkowo.
I.nna, ładnie sobie z dziećmi wymyśliłaś :) A co do jajek: straznie się cieszę, że wykorzystałaś coś z mojego zasobu :)
Ewelajno, zapraszam! :)
Olalala,też wyjadam łyzeczką :) Powiedz, gdzie Ty się podziewasz??
Nivejko, dzięki! :)
Ally, a wiesz, ze do tego przy polibudzie wybieralam sie lt kilka i w koncu o nim zapomnialam?
Basiu, dziękuję :) Niestety, światło tu kiepskie, wierz mi... Ciemno i mroczno na codzień.
Oczko, i smakuje, smakuje!
Tili, teraz to już chyba bez cukru się nie da, śliwki coraz kwaśniejsze... Na szczęscie purysta nie jestem ;)
Co do zdjęcia: dziękuję :) Rosnę, słysząc takie rzeczy.
Amarantko, ja wyjadam łyżeczką, bo paluch jest do Nutelli ;) Fajnie, ze zwróciłaś uwagę na 'sympatyczne perkotanie;, tez mi się to podobało :)
Ewo, zgadzam się z Tobą!
Beato, o tej książce nie słyszałam. Już ostrze pazurki!
Michale, ja przywiozlam 3 słoiczki z domu, tam zapasy większe :)
Majano, a chcę! Hi hi... Dziękuję Ci za te słowa.
Lloko, a Twoje ostatnie zdanie to sobie zapiszę, bo mi się strrrrrrrasznie podoba. DZIĘKUJĘ!
Enchocolatte, cieszę się, że włożyłam kropelkę słońca w Twój dzień :)
Aga-aa, a czemu jestes zmeczona?
Majko, brzmi kusząco - te zakupy ksiązek dot. sztuki :)
Ori, grunt, ze przełamałaś lenistwo! ;) Fajnie, że się odezwałaś!
Kasiu, braku powideł współczuję!
Goś, dziękuję za te słowa! Wiesz, nasze powidła też są dla mnie the best, lepszych nie jadłam :)
Małgoś, stół porzywiozłam z domu! :) Jest okroagły, drewniany i ma wygięte nóżki. Uwielbiam go!
Moniko, wiesz,ja też jeszcze nic nie wekowałam... Bo te powidła to ja głównie mieszałam (i śliwaki zbierałam), a wekowanie i doprawianie należało do mamci. Ej, zazdroszczę wspólnego gotowania! Ja mogłabym się nauczyć od Was obydwu, ale nie wiem, czego ja bym Was nauczyła.
Delie, dziękuję :) Też lubię te okruchy codzienności i staram się je wyłapywać.
Arku, zgadza się! :D To ten antykwariat :)))
POZDRAWIAM WAS!
Ja też lubię książki Pani Marii I.,powidełko pierwsza klasa!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!
Tu i ówdzie ;). Ale więcej się już nie zapodzieje... Mam nadzieję ;). A coby do rymu jeszcze było, życie w pośpiechu mi się skończyło. I... wracam [fanfary]!
OdpowiedzUsuńNo... Tęskniłam ;).
Podoba mi się! Ja lubię wszelkie rady dla dobrych gospodyń, dotyczące utrzymania porządku, trzymania cukru pod kluczem, zarządzaniem służbą (sic!) oraz wszelkie porady na temat skrętu kiszek i tym podobnych przypadłości.
OdpowiedzUsuńRzeczywiście uroczy przepis na powidła, właściwie wiersz.
OdpowiedzUsuńWspomniałaś PRL-owskie książki kucharskie, na samo wspomnienie tych kryzysowych praktycznych porad robi się człowiekowi wesoło :) Doskonale oddają rzeczywistość gospodarki powszechnego niedoboru, z obecnego punktu widzenia całkowicie irracjonalną i nieodparcie śmieszną :)
Pozdrawiam!
Noo tak napisaną książkę to ja bym pochłonęła w 1 noc :) bardzo chętnie też poczytałabym o niesamowitych zwyczajach kulinarnych mieszkańców USA :D a powidła... o rany, jakie to musi być dobre! :)
OdpowiedzUsuńUwielbiam takie książki i za żadne skarby nie zamienię ich na te pięknie wydane z fantastycznymi zdjęciami.:)))
OdpowiedzUsuńAniu, dopiero dzisiaj docztytalam pozadnie wpis Twoj do konca - jest wspanialy! Ach te orzechy wloskie, kardamon... Ze tez juz nie ma wgierek :-) wierz mi od razu bym zrobila!!
OdpowiedzUsuńA cytytay z Marii sa piekne, wiedzialm juz dawno ze tego samego szukamy obie w ksiazkach kucharskich i to samo nas bawi, Dislowa pieknie rozprawia o jakosci potraw, o "odswiezaniu" pewnych skladnikow...
Buziaki :*
Akurat wczoraj otwarłam przywiezione przez przyjaciół w darze, ręcznie robiony przysmak św. Bernarda- konfiturę ze śliwek, wiśni, pomarańczy, orzechów włoskich, rodzynek i wina gronowego...Heh, pozostaje westchnąć, że słoiczek mały ;) Wspaniale smakuje nawet z kawałkiem razowego chlebka ze słonecznikiem, a herbatka jest idealnym uzupełnieniem smaku :)))
OdpowiedzUsuńZrobione przez siebie przetwory na pewno smakują znacznie lepiej niż te kupione, w końcu pichcąc, dodaje się doń trochę duszy kucharza. A dobre jedzenie to jeden z najważniejszych czynników łączących ludzi :) Pozdrowienia cieplutkie Aniu :)
Kass, ja juz sobie kupiłam kolejną ksiażkę p. Marii (niech zyje Alelgro!:).
OdpowiedzUsuńOlalala, fajnie, ze znów jesteś :)
Lisko, tez lubię tego rodzaju książki! Dlatego te najstarsze są zawsze takie fajne...
Felluniu, prawda, ze ten przepis brzmiał jak wiersz? Dlatego tak mi się spodobał :)
Olciaky, w moim miasteczku tez nie było antykwariatu, na studiach sobie odbiłam :) A wspomnianą przez Ciebie ksiażkę znam!
Mirabelko, kiedys moze wrócę do niesamowitych zwyczajó kulinarnych mieszkańców USA ;)
Szarlotku, zgadzam się z Tobą!
Basiu, to już od dawna wiadomo, ze w gotowaniu kręcą nas podobne rzeczy ;) A ja dzięki Twoim linkom spedziłam sobotę nad RECIPE REDUX! :) Mam jeszcze trochę do czytania, moze nawet dzisiaj do tego wrócę. Fajna sprawa. I zdjecia mi się podobają, gdyby jeszcze dodać linie, to byłyby podobne do Twoich :)
ALe najepsze jets to, ze podesłałaś mi link do RR dotyczącego tych pieczonych omletów. PRzypomniało mi się, że widziałam je U Ciebie, gdy na samym początku oglądałam Twój blog. Ale o nich zapomniałam, a zaintrygowały mnie Dutch Pancakes u Molly z Orangette, niebardzo rozumiałam te cuda, ale wiedziałam, ze muszą być genialne w smaku.No i wszystko mi się rozjaśniło, gdy złożyłam te puzzle w całość, Twoja notka do tego się przyczyniła. Kiedys zrobię. Muszą być świetne.
Buziolek!
Porcelanko, Twoja konfitura brzmi re-we-la-cyj-nie! Doskonale rozumiem, ze świetnie smakuje także z razowcem - ja powidła zjem ze wszystkim, a często wyjadam je łyzeczką ze słoika. Bo pyszne są i już. Ładnie powiedziane, to o dobrym jedzeniu. Jakie prawdziwe!
Pozdrowienia ciepluśkie ślę!