Karmienie niemowlaka w 6 miesiącu życia, czyli nasze posiłki z Olutkiem cz. II - BLW i obiady
babyfood 09:59![]() |
| Olo po zjedzeniu malin i truskawek; |
Dzisiaj zapraszam Was na drugą część poświęconą karmieniu niemowląt po 5 miesiącu życia (od 6 miesiąca życia). W pierwszej części było o śniadaniach/kolacjach - TU zapraszam do lektury, teraz przyszedł czas na obiady.
Nasze obiady
Z obiadami jest nieco ciężej niż ze śniadaniami, bo więcej tu kombinacji. Dbam, by w każdym obiedzie były warzywa, mięso, dobry tłuszcz i jakieś dobre węglowodany. Rzadko gotuję za każdym razem obiad od podstaw (chociaż odkąd mam pomocnika - Babycook Beaba, też mi się to zdarza), bo wprowadziłam system kubeczkowy. Polega on na tym, że jednorazowo przygotowuję większą porcję jakiegoś składnika, dzielę na małe (po ok. 80-100 ml) porcje i mrożę je w papierowych kubeczkach (kubki opatruję datą przygotowania składnika). W ciągu 2-3 miesięcy wykorzystuję zapasy.
Przygotowując obiad, wyjmuję kubeczek z batatami/kaszą jaglaną/gryczaną/ryżem/ziemniakami z koperkiem/rozdrobnionym makaronem/kuskusem, do tego kubeczek z ugotowanym na parze, rozdrobnionym indykiem/dorszem/cielęciną/żółtkiem na twardo, do tego kubeczek z marchewką/selerem/pietruszką/młodą fasolką/buraczkami/botwinką/cukinią/bakłażanem/brokułami i po rozmrożeniu mieszam składniki, scalając je olejem rzepakowym, słonecznikowym z zimnego tłoczenia lub kokosowym (ok. 1/2 łyżeczki).
Nie przyprawiam składników, czasem tylko dodam trochę koperku do młodych ziemniaczków (Olo je uwielbia!) albo mleka kokosowego do warzyw.
![]() |
| Jeden z kubeczków :) |
BLW (Bobas Lubi Wybór) - jak to wygląda u nas
/Zgodnie z informacjami, jakie otrzymałam od Was w komentarzach i mailach, nie stosujemy z Olutkiem BLW, bo ta metoda to cały system karmienia, bez podawania jakichkolwiek papek :) Pisząc o BLW źle to ujęłam - określmy to zatem tak, że wprowadzałam Olkowi metody podawania jedzenia zgodnie z zaleceniami (dot. bezpieczeństwa, rodzaju pokarmów) zaczerpniętymi z BLW/.
Oprócz posiłków w miseczce (najpierw papki, teraz bardziej zróżnicowana struktura dań, ale ciągle jeszcze wymieszane), podaję Olutkowi jedzenie do ręki. Tzn. na talerzu, by mógł po nie sięgnąć i trochę się pobawić, tzn. poznać fakturę, kolory, smaki samodzielnie. BLW, czyli Bobas Lubi Wybór (z angielska Baby Led Weaning), opiera się na samodzielności dziecka w kwestii jedzenia. To maluch podejmuje decyzje, co, jak i ile zje (rodzice nie podają żadnych papek i to m.in. odróżnia BLW od zwykłego podawania dziecku jedzenia do wyboru:).
Oprócz posiłków w miseczce (najpierw papki, teraz bardziej zróżnicowana struktura dań, ale ciągle jeszcze wymieszane), podaję Olutkowi jedzenie do ręki. Tzn. na talerzu, by mógł po nie sięgnąć i trochę się pobawić, tzn. poznać fakturę, kolory, smaki samodzielnie. BLW, czyli Bobas Lubi Wybór (z angielska Baby Led Weaning), opiera się na samodzielności dziecka w kwestii jedzenia. To maluch podejmuje decyzje, co, jak i ile zje (rodzice nie podają żadnych papek i to m.in. odróżnia BLW od zwykłego podawania dziecku jedzenia do wyboru:).
Wprowadzając elementy BLW wiedziałam, że nie będzie to nasza jedyna metoda jedzenia, a rodzaj urozmaicenia przy stole, zabawa, która nie będzie miała miejsca codziennie. Moje podstawowe lęki były takie, jak u wszystkich rozpoczynających przygodę z jedzeniem do ręki - obawa przed zakrztuszeniem się dziecka. Po kilku pierwszych, pełnych strachu podejściach do tematu, uspokoiłam się i już się tak nie boję o Olka podczas jedzenia, ale mam kilka ważnych wskazówek:
- dziecko musi umieć stabilnie siedzieć, więc początki to co najmniej koniec 6-go miesiąca, kiedy można już umieścić dziecko w foteliku do karmienia
- podczas jedzenia należy zawsze być przy dziecku (to oczywiste, prawda?)
- przed jedzeniem polecam przypomnieć sobie zasady pierwszej pomocy dla niemowląt (na wszelki wypadek i dla spokoju ducha)
- największy problem sprawiał mi dobór jedzenia: składniki nie mogą być za śliskie, by nie wślizgnęły się w całości do przełyku, nie mogą być za twarde, by po odłamaniu nie zablokować się w przełyku; zaczęłam od połowy wafelka ryżowego (łatwy do złapania, po poślinieniu mięknie, ale ciężko odłamać wielki kawał).
Zauważyłam, że nawet jeśli jakiś większy kawałek jedzenia trafiał do buzi Ola, on natychmiast miał "cofkę" i wypluwał pożywienie, gdy to znajdowało się tylko na początku języka. To mnie uspokoiło i już mniej nerwowo przy nim siedziałam.
Teraz Olo dostaje na talerzu różne kombinacje jedzenia, oto przykłady (do wymieszania):
- 2-3 rozgniecione maliny
- 1- 2 rozgniecione truskawki
- połówkę obranej ze skórki, nieco rozgniecionej moreli
- 1/2 lekko rozgniecionego banana, tak aby brał jego fragmenty
- 1/2 wafla ryżowego
- ćwiartki ogórka gruntowego (zimny ogór gruntowy do doskonały gryzak i ukojenie dla bolących dziąseł, polecam!)
- nieco rozgotowanej kaszy jaglanej (tak, aby się lepiła, nie może być sypka)
- 1-2 rurki makaronu pszennego.
O zgrozo, słoiki!
Nigdy nie należałam do mam, które popadają w paranoję i przeistaczają się w eko-ofiary rezygnujące ze wszystkich zdobyczy cywilizacji. Wielorazowe pieluchy, piorące orzechy i inne tego typu wynalazki - to nie dla mnie. W swoim czasie moje dziecko zje drożdżówkę i nie zemdleję, gdy zechce lizaka zamiast naturalnego batona z suszonymi morelami z ekologicznych upraw.
Podczas spacerów mam zawsze ze sobą "awaryjnego" gotowca na duży głód Ola, czasem z braku czasu i pustkach w systemie słoiczkowym podaję też słoiczek w domu. Ale zawsze przed zakupem uważnie czytam etykietę i kieruję się dwiema zasadami: w gotowym daniu nie może być dodatkowego dosładzacza (bo po co?) i jakiegokolwiek syfu. Wystarczy lektura etykiet kilku słoiczków, by przekonać się, że produkty dla dzieci są z reguły najwyższej jakości.
Niedawno odkryłam jeszcze fajną rzecz na upały (i podróże) - musy owocowe w tubkach. Porządny skład, wygodne opakowanie, Olek sam bierze do łapki taką tubkę i ją wysysa.
Niedawno odkryłam jeszcze fajną rzecz na upały (i podróże) - musy owocowe w tubkach. Porządny skład, wygodne opakowanie, Olek sam bierze do łapki taką tubkę i ją wysysa.
Kulinarne hity Ola
Olutek lubi jeść i nie ma z tym problemu, ale szczególnie upodobał sobie:
- mannę z rozgniecionym bananem
- bataty z indykiem i pietruszką (korzeniem)
- twarożek/jogurt naturalny z malinami lub rozgniecionym bananem
- zimne ćwiartki ogórków gruntowych.
I to tyle o jedzeniu malucha. Postaram się spisać kilka receptur, bo mam w zanadrzu kilka zdjęć z jedzeniem dla Olutka. Jestem ciekawa Waszych hitów kulinarnych!
Uwagi techniczne
Nigdy nie wmuszam w Ola jedzenia - kiedy nie chce, zaciska usta. Wtedy kończymy posiłek. Nie bawię się z nim przy jedzeniu, nie zagaduję, nie kokietuję, nie daję "samolocików", za babcię i za dziadka. Po prostu go karmię, bo chcę, by wiedział, że trzeba skupić się na jedzeniu.
Zawsze używam śliniaczka, a kiedy w menu są buraczki, sama mam na sobie gorsze ubranie, bo nieraz zdarzyło sie tak, że Olo kichnął z pełną buzią... Do karmienia BLW najlepszy jest plastikowy śliniak z pojemniczkiem na spadające jedzenie, nic się nie ześlizguje na nogi i pod pupę lub na podłogę.
![]() |
| Fasolka szparagowa, młode ziemniaczki, dorsz, olej rzepakowy; |
Karmienie niemowlaka od szóstego miesiąca życia, czyli nasze posiłki z Olutkiem, cz. I
babyfood 10:16Uwaga nr 1: to będzie post o karmieniu dzieci, więc jeśli nie macie dzieci, nie interesuje Was temat dzieci, a zaśliniona buzia i upaprane ręce malucha raczej Was brzydzą, niż śmieszą, uciekajcie. Już za chwilę obiecuję coś "dorosłego"!
Uwaga nr 2: po fachowe porady związane z żywieniem dzieci zajrzyjcie na strony Instytutu Matki i Dziecka lub skonsultujcie się z lekarzem. Opisuję tu moje podejście do tematu karmienia dzieci, oparte na moim "egzemplarzu".
Wstęp
Wiele z Was pyta mnie, jak karmię Ola. Na początku jego przygody z jego jedzeniem sama szukałam inspiracji i pomysłów, więc domyślam się, że ten post może być przydatny. Na początku zaznaczę, że wszystkie produkty, jakie mu podaję, wcześniej testuję, czyli podaję dwa razy w minimalnej ilości by sprawdzić, czy nie ma reakcji alergicznej. Jak dotychczas żaden produkt nie wywołał uczulenia u małego - może to kwestia treningu, jaki miał w brzuchu i tuż po narodzinach? Gdy będąc w ciąży pozbyłam się zgagi (gdzieś w II trymestrze...), jadłam to, na co miałam ochotę, więc Olek poznawał różne smaki. Również podczas karmienia nie uległam nigdy przekonaniom, że matka karmiąca musi bardzo selekcjonować swoje jedzenie, że nie można zjeść śledzia, cebuli, czosnku czy truskawek. Jadłam wszystko, w rozsądnych ilościach oczywiście. Nie zaobserwowałam nic niepokojącego w zachowaniu i zdrowiu Olutka.
Piszę o tym, bo moja siostra, dietetyczka, opowiedziała mi, że wiele karmiących matek, z którymi się styka, w obawie o zdrowie dziecka serwuje sobie jałową dietę. Były takie panie, które jadły jedynie biały ryż i mięso kurczaka, nieświadome tego, jak bardzo szkodzą sobie i dziecku.
Jestem przekonana, że trening smakowy, jaki daję Olutkowi, pozytywnie wpłynął na jego obecne podejście do jedzenia. Olo próbuje wszystkiego, niektóre rzeczy uwielbia, inne akceptuje, ale niemal zawsze zjada wszystko, co mu podaję. Oczywiście jestem świadoma, że są pechowe egzemplarze, które mimo porządnego treningu smakowego nic nie chcą jeść, ale należy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by dziecko przygotować na wielki bogaty świat smaków.
Jak zaczęła się nasza przygoda z jedzeniem?
Od urodzenia Ola karmiłam go wyłącznie piersią. W piątym miesiącu, zgodnie z podpowiedzią lekarki, zaczęłam dawać mu co kilka dni odrobinę kaszy manny lub kawałek buły do possania. Fachowo nazywa się to ekspozycją na gluten, a służy powolnemu przystosowywaniu brzucha do trawienia glutenu. W tym miesiącu również zgodnie z radą lekarki, dawałam Olutkowi odrobinę rozgotowanej marchewki, pietruszki (korzenia) czy ziemniaka. Odrobinę, czyli łyżeczkę, potem dwie.
W szóstym miesiącu dalej karmiłam piersią, ale wprowadziłam już jeden dodatkowy posiłek. Kierowałam się zasadą, że najpierw wprowadzam najdelikatniejsze warzywa, by Olek stopniowo zapoznawał się ze smakami. Na pierwszy rzut poszły papki z marchewki, selera i pietruszki (która jest niesamowicie słodka!). Warzywa gotowałam na parze i miksowałam. Początkowo chwilę przed jedzeniem karmiłam Olka odrobiną mleka, by zabezpieczyć żołądek (tak podpowiadała mi intuicja). Oczywiście nie doprawiałam warzyw, polecam Wam próbować papki przeznaczone dla dzieci, zobaczycie, że warzywa mają wiele smaku. Jeszcze w szóstym miesiącu Oluś spróbował ziemniaków, buraczków, batatów, a po smakach warzywnych dałam mu duszone jabłko z kaszą manną/jaglaną/białym ryżem (gotowanymi na wodzie) i przecier morelowy, banany.
Ilość i objętość posiłków
Do końca szóstego miesiąca podawałam mu jeden dodatkowy (poza mlekiem, które pił na żądanie) posiłek objętości ok. 150 ml.
Pod koniec szóstego miesiąca w diecie Ola pojawiło się mięso i tłuszcze, zwiększyła się również podawana porcja. Olo zaczął zjadać 2 posiłki stałe (obok mleka na żądanie) o pojemności ok 170 ml.
Obecnie Olek zbliża się do 9 miesiąca i zjada 2 posiłki stałe o objętości ok. 200 ml.
Jak wyglądają teraz nasze posiłki?
Gdy pojawiła się konieczność wprowadzenia dwóch posiłków, miałam dylemat, jak je rozplanować: śniadanie i obiad czy może wczesny obiad i kolacja (kasza na mocniejszy sen)? Doszłam do wniosku, że warto uczyć małego "normalnego" jedzenia, czyli porządnego śniadania i obiadu, a na kolację zostawić matczyne mleko.
Zatem działamy teraz wg takiego schematu:
- ok. 7:30- śniadanie
- między 14:00 a 16:00 obiad.
Nasze śniadania
Dzięki Olusiowi jemy śniadania całą rodziną. Kiedyś nigdy nie było na to czasu (ha ha), teraz siadamy przy wspólnym stole codziennie. Oluś najczęściej zjada kaszę lub owsiankę z owocami, surowymi lub duszonymi, do których dodaję nieco tłuszczu. Składniki, jakie pojawiają się na stole Ola:
baza:
- kasza manna
- kasza jaglana
- biały ryż zmiksowany na sucho (nie ma proszek, ale na mniejsze grudki) w młynku do kawy i ugotowany na wodzie
- płatki owsiane zmiksowane na sucho (nie na proszek, ale na mniejsze grudki) w młynku do kawy i ugotowane na wodzie
- quinoa
- ostatnio trochę kaszy gryczanej
dodatki:
- rozgnieciony banan
- starte na tarce surowe jabłko bez skórki
- zmiażdżona widelcem surowa gruszka
- duszone morele/brzoskwinie bez skórki
- duszone jabłko, gruszka
- rozgniecione widelcem maliny
- 1 łyżeczka zmiksowanych jagód
tłuszcz:
- 1/2 łyżeczki oleu kokosowego
- 1/2 łyżeczki oleju rzepakowego.
Od 8 miesiąca Olek próbuje też produktów mlecznych: jogurtu, kefiru, twarożku, a także jajek (ugotowanego na twardo żółtka). Na śniadanie dostaje więc już czasem trochę jogurtu z owocami i rozmiękczonymi płatkami owsianymi albo np. twarożek z bananem, który uwielbia!
NIE kupuję gotowych kaszek dla dzieci, w większości są słodzone. No i zastanawiam się, PO CO je kupować, skoro tyle samo czasu zajmuje ugotowanie zwykłej kaszki?
Cdn.
W następnej części napiszę o naszych obiadach, BLW i słoiczkach ;)
Piętnastego kwietnia Olek skończył sześć miesięcy. Gdy pod koniec października po kolejnej ciężkiej nocy słyszeliśmy, że jak będzie miał pół roku, to z pewnością będzie lepiej, wydawało mi się to tak nierealne, tak odległe, jak moje pięćdziesiąte urodziny. Dzisiaj siedzimy na kanapie obok sześciomiesięcznego syna i zastanawiamy się, jakim cudem to tak szybko zleciało.
Na początku wydawało mi się, że wpadłam w czarną dziurę i nigdy nie wyskoczę z trybu karmienia Ola 10, a nawet 12 razy dziennie, że nie prześpię w jednym ciągu więcej niż dwie godziny, a wyjście z domu już zawsze będzie musiało zmieścić się w przedziale trzech godzin. Początkowo czułam się źle, bo to całkowite zredukowanie do roli butli z mlekiem połączone z kondycją, w jakiej ciało i umysł są po porodzie, nie rokuje dobrze. I owszem, jest ocean miłości, szczęścia i radości, ale są w nim wielkie i silne prądy smutku, poczucia beznadziei i zmęczenia. Potem przyzwyczaiłam się do tego trybu i zaakceptowałam moją ówczesną sytuację.
Niesamowite, że teraz, gdy zaglądam do dzienniczka, w którym notowałam godziny i czas karmień, z rozrzewnieniem wspominam te długie godziny przy piersi. Nadrobiłam zaległości w lekturze książek, obejrzałam wszystkie sezony "Gry o Tron" i martwiłam się głównie o to, by mieć coś do jedzenia, picia i odpowiednią ilość poduszek. Olutek tulił się do mnie, nie płakał, ja mogłam nacieszyć się jego obecnością. Dzisiaj ciężko znaleźć chwilę dla siebie, Olo jest wymagający i choćbym nie wiem jak asertywnym rodzicem była, pewnych zachowań nie zmienię.
Kiedy Olo miał kilka tygodni i fundował nam nieprzespane noce, słyszałam, że po trzech miesiącach nastąpi jakiś przełom i będzie lepiej. Trzymałam się tego lepiej kurczowo, ale po upływie tego czasu nic się nie zmieniło poza tym, że wyrobił mu się system drzemek dziennych - noce były tak samo słabe, jak na początku. Potem słyszałam, że im bliżej szóstego miesiąca, tym lepiej w nocy, więc troszkę tego wyczekiwałam, w licząc w głębi duszy na odmianę. I chyba dopiero teraz, po skończonych sześciu miesiącach zrozumiałam, że wcale nie musi być lepiej (przynajmniej teraz), że taki właśnie jest sen Olka, urywany i niespokojny, a dni, kiedy przespał ciągiem 4 czy 5 godzin można zliczyć na palcach u jednej ręki. Przywykłam do bólu głowy związanego z niewyspaniem, z porannego szczypania oczu, zasypiania o 21:00 (choć ostatnio kosztem większego niewyspania przerzuciłam się na 22:00, by mieć dla siebie dwie godziny wieczorową porą).
Piszę o tym wszystkim z kilku powodów. Bezpośrednim bodźcem była szósta miesięcznica Olutka i fragment wywiadu z Reni Jusis z niedawnego numeru Wysokich Obcasów. Reni wspomniała w nim, że na początku macierzyństwa pewną ulgę dawała jej świadomość, że nie jest osamotniona w trudach, że inne kobiety mają podobne doświadczenia, a macierzyństwo nie jest tylko ładnym zdjęciem na Instagramie. I to bardzo trafne spostrzeżenie, miałam dokładnie tak samo - ukojenie w najcięższych chwilach przynosiła mi lektura wątków na forach internetowych, w których mamy pisały, jak źle ich dzieci sypiają albo że jedzą kilkanaście razy dziennie, a każde karmienie trwa pół godziny. Brzmi to śmiesznie, ale świadomość, że nie tylko ja mam takie problemy, była mi pocieszeniem. Nie dlatego, że źle komuś życzę, ale dlatego, że nie jestem jedyną osobą w takiej sytuacji życiowej.
I choć dobrze wiem, że macierzyństwo to nie stylowe ciuszki, modne gadżety i uśmiechnięte dziecko, to po kilkunastu minutach w Internecie pojawia się we mnie niebezpieczna myśl, że może tylko ja mam tak ciężko. Przez moment tracę zdrowy rozsądek, zapominam, że sama umieszczam na Instagramie ładne zdjęcia Olutka albo uśmiechnięte selfie z wózkiem. Tak działa Internet - gdy dzieje się źle, zamykamy się w skorupkach własnych domów i nie dzielimy się problemami na Facebooku czy Instagramie (a przynajmniej większość z nas). Wiem, że to, co widzę na ekranie komputera, to tylko część prawdy, wyrywek najładniejszych chwil, bo raczej nikt nie pokaże łez, smutku, zmęczenia, sterty prania, kup, frustracji, obolałych piersi, podkrążonych oczu, dziecka wykrzywionego grymasem ryku, który jest w stanie przebić swym natężeniem trąby jerychońskie... Ale mimo to potrzebuję potwierdzenia, że nie tylko u mnie istnieje ta ciemna strona macierzyństwa. Dlatego tak ważne są wszystkie fora, na których mogę się przekonać, że nie tylko mi bywa ciężko, dlatego potrzebna jest Reni Jusis i inne znane matki, które też wspomną, że nie zawsze jest różowo (czy błękitnie), dlatego też ja piszę tu ten elaborat, który zainteresuje wyłącznie matki.
Hm... A chciałam dziś napisać o nowej książce Nigelli Lawson ("Po prostu Nigella") i cudownej granoli autorstwa domowej boginii. To w następnym tekście, tymczasem żegnam Was i uciekam na Podlasie - więcej na Instagramie (aniawlodarczyk) i Snapchacie (wlodarczyk.ania).
Około godziny piątej czarne niebo zaczyna blaknąć. Siadam na kanapie w salonie, włączam cichutko radio i zaczynam karmić mojego dwutygodniowego synka. O godzinie szóstej światło coraz śmielej sączy się przez chmury, niedługo powinno się rozjaśniać. Mam taki plan, że jak tylko mały uśnie, zaparzę kawy i zasiądę do pisania tekstu na blog. Zacznę od tego, że jest szósta rano, w pokoju pachnie kawą, mąż cicho chrapie w sypialni, a w wózku śpi mój syn i że to jest ta chwila, kiedy czuję, że jestem we właściwym miejscu, spokojna i spełniona i że to, co się teraz dzieje można nazwać magią, a można też określić jako prostą definicję szczęścia. Napawam się tą chwilą, poranną ciszą, rozprostowuję nogi na stoliku i cieszę się perspektywą godziny, może dwóch tylko dla siebie. Dwa dni wcześniej udało mi się wysupłać właśnie takie chwile, więc mam nadzieję, że i tym razem będzie podobne.
Gdy na dworze robi się już zupełnie jasno, a w radiu trwa audycja, której zwykłam słuchać w porze, którą kiedyś nazywałam porankiem, a teraz to dla mnie środek dnia, wiem, że nie mam szans na realizację mojej pięknej wizji. Jedną rękę zaparzam kawę (na drugiej wraz z całym przedramieniem leżą cztery kilogramy ciepłego, miękkiego ciałka zwieńczonego czarnymi włoskami), bo pobudka o piątej rano (po karmieniu o północy i trzeciej nad ranem) to nadal dla mnie pewne wyzwanie. Rozkręca się kolejny dzień, którego rytm ustala Olek, a my, a w szczególności ja, się do niego dostosowujemy.
Z każdym dniem jest coraz lepiej, maszyna, która początkowo skrzypiała i chodziła bardzo opornie, zaczyna działać coraz sprawniej. To, co najpierw przerażało (czyli: trzymanie dziecka, przewijanie, kąpanie, karmienie, usypianie, ubieranie, pielęgnacja - słowem wszystko, co związane z noworodkiem), jest już codziennością, przyjemnym, a czasem męczącym rytuałem. Zaczynamy się rozumieć, czytać z gestów, drżenia małej bródki, zaciśniętej piąstki, płaczu w kilku tonacjach. Cieszę się, że te najcięższe początki okraszone moimi łzami, momentami załamania już za nami. Dzięki pomocy najbliższych udało się przezwyciężyć problemy zdrowotne i przejść ogromne huśtawki nastrojów. Teraz można w pełni wejść w rytm macierzyństwa.
Nie żeby cały czas było różowo. Czasem wydaje się, że pokłady cierpliwości, siły i rezerwy snu już mi się wyczerpały, ale potem spoglądam na Olka, który właśnie zasnął na mojej piersi i wszystkie ciemne myśli topią się pod wpływem jego ciepłego oddechu. I gapię się tak na niego po kilkadziesiąt minut, na zadarty nosek, pękate usteczka, malutkie rzęsy i idealnie skrojone uszy, nie mogąc się nadziwić, że jestem współautorką tego dzieła. I zaczynam rozumieć, o co chodziło w tych wszystkich tekstach o macierzyństwie jako niezwykłym, magicznym stanie. Coś w tym jest. Jak się pewnie domyślacie, na razie nie udzielam się za bardzo w kuchni. Ale jeśli chodzi o jedzenie, to nigdy nie byłam tak aktywna, jak teraz... Podczas karmienia mój organizm zamienia się w wielki, rozgrzany do czerwoności piec, który pochłania w kilka sekund każdą porcję kalorii, jaką się do niego wrzuci. Mam wielki apetyt. I wróciła mi ochota na słodkości (podczas ciąży prawie ich nie tykałam ), wiec to dobry moment, by podzielić się z Wami przepisem na przepyszny sernik upieczony przez moją siostrę Magdę już kilka miesięcy temu.

na sernik:
1 kg trzykrotnie mielonego twarogu
2 łyżki mąki ziemniaczanej
1 duża puszka mleka skondensowanego, słodzonego
3 białka
na mus czekoladowy:
1,5 łyżeczki żelatyny
220 g czekolady deserowej
700 ml śmietany kremówki 36 %
do ozdoby:
kiście czerwonych porzeczek
Wszystkie składniki mieszamy na gładką masę. Tortownicę o średnicy 26 cm wykładamy papierem do pieczenia i wylewamy masę serową. Pieczemy w 170 st. C. przez 40-60 minut.
W tym czasie przygotowujemy mus czekoladowy: żelatynę moczymy w 3 łyżkach zimnej wody, czekoladę topimy w kąpieli wodnej (na garnek z gotującą się wodą kładziemy miskę z połamaną czekoladą i mieszamy do roztopienia czekolady). W rondelku gotujemy 300 ml śmietanki, następnie dodajemy do niej żelatynę, mieszamy, aż się rozpuści. Następnie dodajemy rozpuszczoną czekoladę, mieszamy i odstawiamy do ostygnięcia. Pozostałą śmietankę ubijamy na sztywno, a następnie łączymy z ostudzoną masą czekoladową.
Tak powstały mus wylewamy na schłodzony, upieczony sernik. Ozdabiamy porzeczkami lub innymi owocami.











