
Moje wizyty w sklepach z ubraniami zwykle wyglądają tak, że wbiegam do ulubionego miejsca po ulubiony fason w bezpiecznym kolorze i na tym kończy się moja przygoda z modą. Tym razem było inaczej: za zaproszenie TK Maxx wzięłam udział w wyzwaniu w ramach kampanii "SZALONE MOŻLIWOŚCI" (o co chodzi, wyjaśniłam w poprzednim wpisie, klik).
I tak zamiast jak zwykle zatonąć w dziale kulinarnym w TK Maxx, zanurzyłam się w świat mody i pod czujnym okiem Sylwii z blogu Shiny Syl, kompletowałam swoją stylizację pośród markowych produktów. Dzięki wskazówkom Sylwii pośród setek markowych produktów, które można upolować w TK Maxx, wyłowiłam te pasujące do mnie. Jako że uwielbiam kolor niebieski, postanowiłyśmy, że pozostaniemy w tej kolorystyce, a wisienką na torcie będzie para oryginalnych bucików. Poszukiwania ubrań w TK Maxx są o tyle łatwe, że nie trzeba tu mocno martwić się o cenę produktu, bo wiadomo, że można tu upolować markowe rzeczy do 60 % taniej. Jedyne, na czym musiałam się skupić, to wyłowienie ubrań, w których będę wyglądać choć w połowie tak ładnie jak znająca się na rzeczy Sylwia.
W poszukiwaniach przydały się wskazówki Sylwii (spisuję kilka z nich):
- luźne rzeczy dodają kilogramów, ale można tego uniknąć, zestawiając luźne ubranie z obcisłym; jeśli wybieramy oversizową narzutkę, to zestawiamy ją z obcisłym dołem
- aby nie wyglądać na przebraną osobę, do czerwonych wzorzystych butów warto wybrać stonowane ubrania
- mówi się, że 1 cm obcasa to 1 kg mniej ;)
- aby buty na obcasie były wygodne, obcasy muszą być stabilne
- modnym dodatkiem tego sezonu są chustki, wiążemy je na szyi, ale i na nadgarstku czy torebce.
W pewnym momencie chciałam nawet zarzucić poszukiwania, bo trafiłam na najpiękniejszą sukienkę pod słońcem - czarną, obcisłą, z wiązaniem na plecach. Pomyślałam sobie, że jak szaleć, to szaleć, zmieniamy plany i wbijam się w to cudeńko, ale wtedy kątem oka zauważyłam buty, które mnie uwiodły. Z parą karminowych bucików w rękach wszystko ułożyło się samo. Buty przyciągnęły do siebie luźną koszulę w niebieskie paski i granatową marynarkę.


Ale zakupy w życiu blogerki modowej to jedno, a pozowanie do zdjęć to drugie. Nigdy nie czułam się dobrze przed obiektywem, ale podczas wyzwania TK Maxx udało mi się otworzyć i ze sztywnego słupa soli przeistoczyłam się w miarę giętką modelkę. Z resztą efekty możecie ocenić sami - w pozowaniu również pomogła mi Sylwia, którą po prostu podglądałam, gdy ustawiała się w kolejnych pozach do zdjęć. Jest jeszcze i filmik, który w pełni oddaje atmosferę tego fajnego, szalonego dnia, o proszę:
Po epizodzie modowym przyszedł czas na odwrócenie ról i podszkolenie Sylwii w gotowaniu. To też było niezmiernie ciekawe przeżycie, bo uświadomiło mi, że to, co dla mnie jest oczywiste, nie musi być takie dla każdego. Jak się okazało, Sylwia stawiała swe pierwsze kroki w gotowaniu i każda najmniejsza uwaga dotycząca kuchni była dla niej przydatna. Jak sprawdzać, czy oliwa na patelni jest już wystarczająco gorąca? Jak szybko wyszypułkować truskawki? Jak sprawnie obrać paprykę? Jak zrobić winegret? To, co nam, osobom "siedzącym" w kulinariach wydaje się oczywiste, dla innych może być odkryciem (podobnie jak dla mnie odkryciem jest np. wiadomość, że apaszkę można wiązać na nadgarstku).
Sylwia świetnie sprawdziła się w kuchni i z zapałem kroiła paprykę i pomidory na szybką wersję panzanelli, zrobiła złociste grzanki, pyszny winegret, a potem szybko przygotowała truskawki do jednego z moich ulubionych błyskawicznych deserów - Eton Mess (kiedyś pokazywałam go na blogu, o tutaj, klik). Jeszcze tylko bita śmietana, pokruszone beziki i uczta gotowa.
Szalony dzień nowych możliwości zakończyłyśmy przy stole zastawionym piękną zastawą z TK Maxx, zajadając przygotowane przez Sylwię potrawy. To był niezwykły czas i tak sobie myślę, że z przyjemnością wybrałabym się jeszcze raz z Sylwią na zakupy.
Więcej informacji na temat oferty TK Maxx i czekających tam SZALONYCH MOŻLIWOŚCI znajdziecie na stronie TK Maxx - klik, a swój najbliższy sklep zlokalizujecie tutaj - klik.
Zapraszam Was też na stronę Lamode.info, gdzie właśnie rozpoczyna się konkurs, w którym do wygrania są bony zakupowe do TK Maxx. Tutaj - klik! - poznacie szczegóły!

Moja stylizacja: koszula - 54,99 zł, marynarka - 129,99 zł, buty - 79,99 zł.
Na stole i w kuchni pojawiły się: kieliszki - 14,99 zł/szt., ptaszek - 24,99 zł, karafka - 19,99 zł, kubek - 16,99 zł/szt., flakonik - 34,99 zł, świece - 19,99 zł/szt., waza - 69,99 zł, podkładki pod talerze - 69,99 zł /komplet.
Wszystkie fotografie w tym wpisie są autorstwa Marty Waglewskiej/Lamode.info.
Zapraszam Was też na stronę Lamode.info, gdzie właśnie rozpoczyna się konkurs, w którym do wygrania są bony zakupowe do TK Maxx. Tutaj - klik! - poznacie szczegóły!

Moja stylizacja: koszula - 54,99 zł, marynarka - 129,99 zł, buty - 79,99 zł.
Na stole i w kuchni pojawiły się: kieliszki - 14,99 zł/szt., ptaszek - 24,99 zł, karafka - 19,99 zł, kubek - 16,99 zł/szt., flakonik - 34,99 zł, świece - 19,99 zł/szt., waza - 69,99 zł, podkładki pod talerze - 69,99 zł /komplet.
Wszystkie fotografie w tym wpisie są autorstwa Marty Waglewskiej/Lamode.info.
Dworzec Gdańsk Wrzeszcz, szósta trzydzieści. Sączę niedobrą kawę z jedynego czynnego lokalu, za piętnaście minut przyjedzie mój pociąg. Czuję się jak w podstawówce, kiedy po raz pierwszy jechałam na wycieczkę szkolną - ekscytacja, radość, niecierpliwość. Po raz pierwszy od roku wyjeżdżam gdzieś sama, bez obstawy chłopaków, synka i męża.
Dwie kawy, sto dziesięć stron książki "Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie" i cztery godziny później jestem w Warszawie, w sklepie TK Maxx. A wszystko dlatego, że zostałam zaproszona do podjęcia wyzwania w ramach kampanii "SZALONE MOŻLIWOŚCI", celebrującej poszukiwanie tego co zaskakujące w TK Maxx, kiedy to wyprawa do tego sklepu po ceramiczną miseczkę kończy się kupnem pary pięknych szpilek w okazyjnej cenie.
Ale wracając do naszego wyzwania: rzecz polega na tym, że razem z blogerką modową Sylwią (blog Shiny Syl, klik!), zamieniamy się rolami - ja szperam w dziale modowym, ona w dziale kulinarnym. Ja - pod okiem profesjonalistki - wyszukuję ubrania z całej gamy znanych marek i producentów dostępnych w TK Maxx, które złożą się na moją stylizację (stylizacja - jak dziwnie to brzmi w moich ustach ;), zaś Sylwia wybiera zastawę stołową, na której potem zaserwuje przygotowane przez siebie dania. Moja rola w kuchni ograniczy się do pomocy i udzielania wskazówek, jak gotować.
O ile dla Sylwii trudnością może być gotowanie, o tyle dla mnie największym wyzwaniem jest pozowanie do zdjęć... Efekty naszych wysiłków i całego wyzwania opiszę w następnym poście, już za kilka dni. Nie mogę się doczekać, kiedy pokażę Wam sesję zdjęciową i film, który powstał przy okazji naszej szalonej zamiany ról. Dzięki TK Maxx miałam okazję na chwilę poczuć się jak blogerka modowa i powiem Wam szczerze, że fajnie się czułam stukając obcasami butów, których w "normalnym" świecie pewnie nigdy nie odważyłabym się zauważyć.

Z Warszawy wróciłam z mocnym postanowieniem przewietrzenia szafy i wzbogacenia jej o odrobinę szaleństwa. Para karminowych bucików z TK Maxx to mój pierwszy - nomen omen - krok do realizacji tego założenia.
Wszystkie fotografie w tym wpisie są autorstwa Marty Waglewskiej/Lamode.info.
Piętnastego kwietnia Olek skończył sześć miesięcy. Gdy pod koniec października po kolejnej ciężkiej nocy słyszeliśmy, że jak będzie miał pół roku, to z pewnością będzie lepiej, wydawało mi się to tak nierealne, tak odległe, jak moje pięćdziesiąte urodziny. Dzisiaj siedzimy na kanapie obok sześciomiesięcznego syna i zastanawiamy się, jakim cudem to tak szybko zleciało.
Na początku wydawało mi się, że wpadłam w czarną dziurę i nigdy nie wyskoczę z trybu karmienia Ola 10, a nawet 12 razy dziennie, że nie prześpię w jednym ciągu więcej niż dwie godziny, a wyjście z domu już zawsze będzie musiało zmieścić się w przedziale trzech godzin. Początkowo czułam się źle, bo to całkowite zredukowanie do roli butli z mlekiem połączone z kondycją, w jakiej ciało i umysł są po porodzie, nie rokuje dobrze. I owszem, jest ocean miłości, szczęścia i radości, ale są w nim wielkie i silne prądy smutku, poczucia beznadziei i zmęczenia. Potem przyzwyczaiłam się do tego trybu i zaakceptowałam moją ówczesną sytuację.
Niesamowite, że teraz, gdy zaglądam do dzienniczka, w którym notowałam godziny i czas karmień, z rozrzewnieniem wspominam te długie godziny przy piersi. Nadrobiłam zaległości w lekturze książek, obejrzałam wszystkie sezony "Gry o Tron" i martwiłam się głównie o to, by mieć coś do jedzenia, picia i odpowiednią ilość poduszek. Olutek tulił się do mnie, nie płakał, ja mogłam nacieszyć się jego obecnością. Dzisiaj ciężko znaleźć chwilę dla siebie, Olo jest wymagający i choćbym nie wiem jak asertywnym rodzicem była, pewnych zachowań nie zmienię.
Kiedy Olo miał kilka tygodni i fundował nam nieprzespane noce, słyszałam, że po trzech miesiącach nastąpi jakiś przełom i będzie lepiej. Trzymałam się tego lepiej kurczowo, ale po upływie tego czasu nic się nie zmieniło poza tym, że wyrobił mu się system drzemek dziennych - noce były tak samo słabe, jak na początku. Potem słyszałam, że im bliżej szóstego miesiąca, tym lepiej w nocy, więc troszkę tego wyczekiwałam, w licząc w głębi duszy na odmianę. I chyba dopiero teraz, po skończonych sześciu miesiącach zrozumiałam, że wcale nie musi być lepiej (przynajmniej teraz), że taki właśnie jest sen Olka, urywany i niespokojny, a dni, kiedy przespał ciągiem 4 czy 5 godzin można zliczyć na palcach u jednej ręki. Przywykłam do bólu głowy związanego z niewyspaniem, z porannego szczypania oczu, zasypiania o 21:00 (choć ostatnio kosztem większego niewyspania przerzuciłam się na 22:00, by mieć dla siebie dwie godziny wieczorową porą).
Piszę o tym wszystkim z kilku powodów. Bezpośrednim bodźcem była szósta miesięcznica Olutka i fragment wywiadu z Reni Jusis z niedawnego numeru Wysokich Obcasów. Reni wspomniała w nim, że na początku macierzyństwa pewną ulgę dawała jej świadomość, że nie jest osamotniona w trudach, że inne kobiety mają podobne doświadczenia, a macierzyństwo nie jest tylko ładnym zdjęciem na Instagramie. I to bardzo trafne spostrzeżenie, miałam dokładnie tak samo - ukojenie w najcięższych chwilach przynosiła mi lektura wątków na forach internetowych, w których mamy pisały, jak źle ich dzieci sypiają albo że jedzą kilkanaście razy dziennie, a każde karmienie trwa pół godziny. Brzmi to śmiesznie, ale świadomość, że nie tylko ja mam takie problemy, była mi pocieszeniem. Nie dlatego, że źle komuś życzę, ale dlatego, że nie jestem jedyną osobą w takiej sytuacji życiowej.
I choć dobrze wiem, że macierzyństwo to nie stylowe ciuszki, modne gadżety i uśmiechnięte dziecko, to po kilkunastu minutach w Internecie pojawia się we mnie niebezpieczna myśl, że może tylko ja mam tak ciężko. Przez moment tracę zdrowy rozsądek, zapominam, że sama umieszczam na Instagramie ładne zdjęcia Olutka albo uśmiechnięte selfie z wózkiem. Tak działa Internet - gdy dzieje się źle, zamykamy się w skorupkach własnych domów i nie dzielimy się problemami na Facebooku czy Instagramie (a przynajmniej większość z nas). Wiem, że to, co widzę na ekranie komputera, to tylko część prawdy, wyrywek najładniejszych chwil, bo raczej nikt nie pokaże łez, smutku, zmęczenia, sterty prania, kup, frustracji, obolałych piersi, podkrążonych oczu, dziecka wykrzywionego grymasem ryku, który jest w stanie przebić swym natężeniem trąby jerychońskie... Ale mimo to potrzebuję potwierdzenia, że nie tylko u mnie istnieje ta ciemna strona macierzyństwa. Dlatego tak ważne są wszystkie fora, na których mogę się przekonać, że nie tylko mi bywa ciężko, dlatego potrzebna jest Reni Jusis i inne znane matki, które też wspomną, że nie zawsze jest różowo (czy błękitnie), dlatego też ja piszę tu ten elaborat, który zainteresuje wyłącznie matki.
Hm... A chciałam dziś napisać o nowej książce Nigelli Lawson ("Po prostu Nigella") i cudownej granoli autorstwa domowej boginii. To w następnym tekście, tymczasem żegnam Was i uciekam na Podlasie - więcej na Instagramie (aniawlodarczyk) i Snapchacie (wlodarczyk.ania).
Wiosna to wspaniały czas, by odwiedzić włoskie targowisko. Tyle tu życia, smaków, zapachów i kolorów! Dzisiaj kilka słów i nieco więcej zdjęć z mojej ubiegłorocznej wycieczki na Campo di Fiori (a tutaj znajdziecie krótką opowiastkę fotograficzną z naszego rzymskiego pikniku).
Oprowadzę Was po kulinarnych po straganach i pokażę, co ciekawego tu znalazłam. Niestety moje spacery na Campo di Fiori ograniczały się głównie do patrzenia, bo nie miałam gdzie gotować. Z porcją sałatki Macedonia spacerowałam między uginającymi się od pyszności stoiskami i marzyłam o tym, by zamieszkać w którejś z rzymskich kamienic z drewnianymi okiennicami i robić poranne wypady na targowisko po naręcza świeżych ziół, młodych cukinii i mięsistych oliwek, by piec ciasta z tutejszych klementynek, podjadać młody groszek i przygotowywać sałatki z mlecza.
1. Karczochy.
Wiosna w Rzymie upływa pod znakiem karczochów. Nie musicie martwić się o ich obieranie, bo na targu zrobią to za was. Uzbrojeni w porcję tych pięknych warzyw, możecie zabrać się za przygotowywanie karczochów po rzymsku (carciofi alla romana) - nadziewanych ziołowo-czosnkowym farszem z bułką tartą (tutaj znajdziecie film instruktażowy). A jeśli nie chce się wam ich przygotowywać, w restauracjach czeka specjalne karczochowe menu.
2. Cytrusy.
Klementyntynki, kwaskowate kumkwaty, pomarańcze z Sycylii... Jest w czym wybierać!
![]() |
| Po lewej punterelle, po prawej Macedonia; |
3. Punterelle.
To chyba najbardziej niespotykany produkt, który można znaleźć na rzymskim targowisku. U nas określa się je mianem zawiązków cykorii albo zielonych pędów cykorii (jej szczególnej odmiany - cykorii szparagowej szparagowej). Wiosną restauracje rzymskie serwują puntarelle alla romana, czyli młode pędy serwowane z oliwą, octem, anchovies i czosnkiem (o punterelle czytałam tutaj).
4. Pędy mniszka lekarskiego.
U nas znaleźć je można tylko na łące, w Rzymie również na targu. Młode pędy są jednym ze składników wiosennych sałatek.
5. Oliwki.
Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Moje ukochane oliwki to te drobne czarne, pomaszczone, niemal tłuste, niezwykle wyraziste w smaku. Pamiętam, jak kiedyś kilka przygotowywałam tapenadę na bazie czarnych oliwek z zalewy i nigdy nie uznawałam tego za coś nadzwyczajnego. Wszystko się zmieniło, gdy przyrządziłam tapenadę właśnie z tych pomarszczonych, lśniących, czarnych oliwek. Chrupiące plasterki ciabatty z tapenadą to było coś obłędnie pysznego.
czyli orzeźwiająca mieszanka owoców, obecnie często serwowana przez ulicznych sprzedawców w plastikowych kubkach. To popularna przekąska, spotykałam się z nią w różnych zakątkach Włoch. Najprzyjemniej było się wgryźć w zimne kawałki owoców w środku upalnego lata.
7. Poziomki.
Na Campo di Fiori znalazłam również stanowisko z poziomkami!
8. Jadalne kasztany.
Na targu można było kupić "włochate" kasztany w łupinkach, ale również gorące pieczone kasztany prosto z piecyka. Kilka sztuk w tubce z brązowego papieru, zajadane podczas wędrówki uliczkami Rzymu smakowało magicznie.
10. Zielenina.
Czyli naręcza świeżych ziół, kartony roszponki, szpinaku i rukoli, wszystko tak soczyste i zachęcające do kupna...

W następnym "rzymskim" odcinku podzielę się z Wami kilkoma miejscówkami kulinarnymi, do których warto zajrzeć odwiedzając Rzym.

Mój związek z Gdańskiem ma już spory staż (mieszkam tu kilkanaście lat), ale nadal się sobie nie znudziliśmy i ciągle potrafimy się zaskakiwać. Zawsze wydaje mi się, że lista zakamarków do zwiedzenia wydaje się być zamknięta, ale szybko okazuje się, że jest na mapie kolejne nowe-stare miejsce, w którym jeszcze nie byłam.
Niedawno, przedarłszy się przez szare nitki drogi szybkiego ruchu, korowody mniej i bardziej udanych bloków, trafiłam na wyłożoną kocimi łbami drogę prowadzącą do dworku. Zza smutnych łysych drzew wyłonił się budynek z obdrapanymi ścianami, drewnianymi ramami okiennymi z łuszczącą się farbą i wiekowymi drzwiami o w odcieniu morskiej zieleni. Dworek Zakoniczyn, którego lata świetności przypadały na XIX wiek, dzisiaj jest jedynie cieniem samego siebie. Stłamszony przez potężne sąsiedztwo - blokowiska, które oplotły swą pajęczyną całe Ujeścisko - wydaje się być tworem nie z tego świata.
W zasadzie on jest nie z tego świata. Jego świat to druga połowa XIX wieku, piękny zadbany ogród ze stawem, wielkie przeszklone drzwi tarasowe wychodzące na zieleń, jego domownicy - rodzina Wendtów (właściciele okolicznych ziem). Świat, który zaczyna się sypać na początku XX wieku, a jego koniec przypieczętowują tragiczne losy właścicieli, którzy zostają zamordowani przez żołnierzy Armii Czerwonej. Grób Artura von Wendta stoi pośród drzew znajdujących się na tyłach dworku.
Po wojnie dworek spotkał ten sam los, co dziesiątki zabytków w Polsce - miejsce powoli zaczęło popadać w ruinę, a władze uczyniły zeń pegeer. Dzisiaj przedzieram się przez błoto i smutne blokowiska, by zrobić kilka zdjęć temu niezwykłemu budynkowi.

![]() |
| Grób właścicieli zaznaczyłam kółkiem; |

- a tu znajdziecie piękne zdjęcia dworu.
Moje pozostałe spacery po Trójmieście znajdziecie tutaj.
Zapraszam też Was na portal Trójmiasto.pl, gdzie od lutego mam swoją rubrykę (klik), w której piszę o moich trójmiejskich smaczkach.

A przepis na dżem pomarańczowy (tym razem z imbirem) napiszę, gdy znajdę chwilę podczas kolejnej drzemki Olka, czyli pewnie wieczorem.
Receptura pochodzi od Nigelli Lawson z "Jak być domową boginią", ale z moimi z zmianami (głównie mniej cukru). Zaś jeśli chodzi o sycylijskie pomarańcze, to mam w zanadrzu jeszcze sernik z nimi!
DŻEM POMARAŃCZOWY Z IMBIREM
2 kg pomarańczy (użyłam czerwonych sycylijskich)
1,3 - 1,5 kg cukru (w zależności od stopnia preferowanej słodyczy)
sok z 2 cytryn
4 cm kawałek imbiru, obranego ze skórki
Pomarańcze zalewam wodą tak, by mogły się unosić i gotuję na małym ogniu 2 godziny (od momentu zawrzenia). W trakcie gotowania sprawdzam pomarańcze i ewent. uzupełniam wodę. Ugotowane pomarańcze odcedzam, pozostawiając 1/2 szklanki wody. Gdy nieco ostygną, kroję owoce tak drobno, jak mam ochotę, wyciągam też pestki, których nie wyrzucam, a odkładam do rondelka.
Pestki w rondelku zalewam wodą z gotowania, dodaję połowę pokrojonego w plastry imbiru. Gotuję 5 minut, następnie odcedzam płyn i wlewam go do dużego garnka razem z cukrem, pomarańczami, sokiem z cytryn i pozostałym imbirem, tym razem przeciśniętym przez praskę (lub drobno startym). Podgrzewam całość na małym ogniu, aż cukier się rozpuści. Gotuję na małym ogniu, az dżem zgęstnieje, mieszając co jakiś czas całość. Trwa to mniej więcej 30-45 minut, w zależności od ilości cukru. Gorący dżem przelewam do wyparzonych gorących słoików i dobrze zakręcam całość.
DŻEM POMARAŃCZOWY Z IMBIREM
2 kg pomarańczy (użyłam czerwonych sycylijskich)
1,3 - 1,5 kg cukru (w zależności od stopnia preferowanej słodyczy)
sok z 2 cytryn
4 cm kawałek imbiru, obranego ze skórki
Pomarańcze zalewam wodą tak, by mogły się unosić i gotuję na małym ogniu 2 godziny (od momentu zawrzenia). W trakcie gotowania sprawdzam pomarańcze i ewent. uzupełniam wodę. Ugotowane pomarańcze odcedzam, pozostawiając 1/2 szklanki wody. Gdy nieco ostygną, kroję owoce tak drobno, jak mam ochotę, wyciągam też pestki, których nie wyrzucam, a odkładam do rondelka.
Pestki w rondelku zalewam wodą z gotowania, dodaję połowę pokrojonego w plastry imbiru. Gotuję 5 minut, następnie odcedzam płyn i wlewam go do dużego garnka razem z cukrem, pomarańczami, sokiem z cytryn i pozostałym imbirem, tym razem przeciśniętym przez praskę (lub drobno startym). Podgrzewam całość na małym ogniu, aż cukier się rozpuści. Gotuję na małym ogniu, az dżem zgęstnieje, mieszając co jakiś czas całość. Trwa to mniej więcej 30-45 minut, w zależności od ilości cukru. Gorący dżem przelewam do wyparzonych gorących słoików i dobrze zakręcam całość.
Świat kulinariów to siateczka połączonych przyjemności - smakowanie, gotowanie, wreszcie pisanie o jedzeniu i jego fotografowanie. Odpowiedź, która z tych czynności jest najprzyjemniejsza, wcale nie jest dla mnie jednoznaczna. Są dni, kiedy mam ochotę gotować i wcale nie chce mi się jeść, innym razem zwijam się w kłębek na kanapie i chrupię, siorbię, mlaszczę, a czasem lubię zanurzyć się w słowach z kulinarnym podtekstem. Uwielbiam czytać dobre teksty o jedzeniu.
Są na świecie tacy ludzie, którzy darzą kulinaria niezwykłą czułością i potrafią pięknie o nich pisać, pochylając się nad każdym okruchem chleba, skrawkiem dobrego sera czy łyżeczką ulubionej konfitury. Niektórzy wplatają w to smaki z dzieciństwa, inni skupiają się na tu i teraz. Każdy z moich ulubionych autorów tworzy swój niepowtarzalny mikroklimat, w który najmilej wślizgnąć się jakiegoś ciemnego poranka, z kubkiem kawy w dłoniach.
Luty upływa mi na lekturze drugiego tomu "Dzienników kuchennych" ("The kitchen diaries") Nigela Slatera. Z reguły udaje mi się wysupłać pół godziny o poranku, kiedy Oluś zapada w poranną drzemkę. Zaparzam kawę i uzbrojona w słownik języka angielskiego oraz ołówek, wskakuję pod kocyk i czytam. Moje zdolności językowe sprawiają, że chłonę pewnie zaledwie 1/3 całej magii, ale i ten skrawek wystarcza, by za każdym razem, gdy odrywam się od książki, czuć się odurzoną jego słowami. Świat bezpretensjonalnych smaków, prostych przyjemności i świadomego przeżywania każdego dnia niezmiennie mi imponuje.
Jest jeszcze moja ulubiona Molly Wizenberg z blogu Orangette i jej kulinarne opowieści z Seattle, Luisa Weiss z The Wednesday Chef (tu z kolei lądujemy w Berlinie), czasem zaglądam też do Rachel Alice Roddy i jej włoskich historii. A niedawno z dziką rozkoszą zanurzyłam się w pisanych na dwa komputery, polskich Dziennikach Stołowych. Piękne, smakowite, chrupiące jak kromka świeżo upieczonego chleba, trochę w stylu wspomnianego wyżej Nigela (do którego z resztą dziewczyny często nawiązują), a w tle smaki Krakowa, Warszawy i dużo książek.
A to linki do stron, o których piszę:
http://dziennikistolowe.pl/
PS W ostatnim numerze KUKBUKA ("Puszek okruszek") znajdziecie ciekawy tekst o dobrych kulinarnych lekturach blogowych autorstwa Agnieszki Drotkiewicz.
PS W ostatnim numerze KUKBUKA ("Puszek okruszek") znajdziecie ciekawy tekst o dobrych kulinarnych lekturach blogowych autorstwa Agnieszki Drotkiewicz.
Kilka słów o trendach* kulinarnych w 2016 roku i wschodzącej gwieździe łąk, rokitniku
parakulinarnie 07:17W trendach kulinarnych portalu Hello Zdrowie na 2016 rok (klik) rokitnik został wytypowany jako jeden z bohaterów głównych. Coś w tym jest, bo te małe pomarańczowe owoce coraz częściej pojawiają się w na łamach magazynów, książek i blogów kulinarnych, a stąd już tylko krok do kuchni "zwykłego" człowieka.
Sama typuję, że 2016 rok upłynie pod znakiem:
- zbieractwa (ruszymy w las, na łąki i pola zbierać rokitnik, dereń, głóg, dzikie zioła, itp.)
- kiszenia (już nie tylko kapusta i ogórki albo modne kimchi, ale i buraki, pomidory czy kalafior)
- ceramiki z małych manufaktur (zamiast powtarzalnych talerzy z marketów - indywidualność; niepowtarzalne wzory i kształty).
Ale wróćmy do rokitnika: zbierałam się do zbiorów kilka lat, bo piękne krzaki rosną w moim sąsiedztwie, ale zawsze było mi z nim jakoś nie po drodze. Paradoksalnie, udało mi się to w momencie, gdy czasu miałam najmniej, bo krótko po urodzeniu Olka. Dzisiaj mam w zamrażarce woreczek pomarańczowych kulek, kilka wskazówek dotyczących samego zbioru i wiele pomysłów na wykorzystanie rokitnika. Napiszę o tym w następnej notce.
* a jeśli ktoś nie lubi słowa trendy, zamieńmy je na określenie "kierunki";
Jeśli wysiądziecie z SKM-ki na stacji Gdańsk-Wrzeszcz i wyjdziecie mniej uczęszczanym wyjściem w przejściu podziemnym (nie w kierunku ulicy Grunwaldzkiej, a w przeciwnym), Waszym oczom ukaże się niewielki, acz urokliwy park Kuźniczki. Idąc dalej, traficie na ulicę Wajdeloty, którą zwieńcza niewielkie rondo. Niegdyś rósł na nim piękny kasztanowiec, jednak po rewitalizacji miejsca drzewo zostało ścięte, ale to chyba jedyny minus odnowy tego zakątka.
W przeciągu kilku lat na Wajdeloty i w najbliższej okolicy powstało kilka ciekawych miejscówek kulinarnych: wegańskie bistro Avocado, które polecam każdemu, kto zawita w okolice Wrzeszcza, ładną i smakowitą kawiarnię Kurhaus, Fukafe - kolejną knajpkę serwującą pyszne wegańskie jedzenie, Knodel - niewielki lokal z makaronem w roli głównej, i najświeższy, Hummusland. Jest i Spożyvczak, sklep ze zdrową żywnością. Z tymi miejscówkami, którym niektórzy przyklejają łatkę hipsterskich (coś w tym jest, bo niewiele jest w Gdańsku innych miejsc, których można spotkać takie natężenie brodaczy, miłośników obcisłych spodni i płóciennych toreb), sąsiadują urokliwe przybytki, obecne tu od lat. Sklepy ze starociami, zielarnia, antykwariat, piekarnia, złotnik...
![]() |
| Okolice Wajdeloty; |
![]() |
| Sklep zielarski i wegańskie bistro Avocado na Wajdeloty; |
Kiedyś, gdy na Wajdeloty nie można było napić się kawy czy przekąsić wegańskiego krokieta z soczewicą (polecam, moja ulubiona pozycja z Avocado), też tu przychodziłam, bo od zawsze dobrze się tu spacerowało. W zielarskim sklepie Melisa kupowałam herbatki i przyprawy, u złotnika przetopiłam pierścionki od babci Marysi na obrączki, a w antykwariacie wyszperałam kilka perełek.
Ale najbardziej lubiłam zaglądać do rupieciarni Emalia. Niezwykłe to miejsce pełne półmartwych przedmiotów wydobytych z zakurzonych strychów, piwnic i meblościanek. Pomiędzy kartonami ze starym sprzętem AGD, pachnącymi wilgocią książkami, obszczerbionymi talerzami i zardzewiałymi sztućcami krążą spragnieni okazyjnych cen emeryci i inni łowcy szpargałów. Co jakiś czas do sprzedawcy podchodzi podejrzany typek ze starym wazonem, kryształem po babci, kolekcją kaset magnetofonowych i po chwili odchodzi bogatszy o kilka złotych, a kolejny przedmiot ląduje na rozklekotanych półkach na zewnątrz lub w jednym z dwóch pomieszczeń wewnątrz sklepiku.
![]() |
| Łowcy skarbów i sklep Emalia; |
![]() |
| Skarby Emalii; |
![]() |
| Skarby Emalii; |
![]() |
| Skarby Emalii; |
Lubię wyławiać z tego bałaganu i kurzu przedmioty, które w domowych pieleszach nabierają rumieńców i odkrywają swe urodziwe oblicze. Bladoróżowa filiżanka ze spodeczkiem kosztuje siedem złotych, a za dwie ceramiczne miseczki pokryte emalią o odcieniu ultramaryny liczą mi tu trzy złote.
Kilka dni temu wybrałam się z Olkiem na spacer po Wajdeloty i tym razem zrobiłam telefonem kilkanaście zdjęć jednemu z moich ulubionych zakątków Gdańska. Mam nadzieję, że na chwilę przeniosłam Was w klimatyczny świat Dolnego Wrzeszcza.



































