W dzieciństwie oddawałam się długim rozmyślaniom, jakie są moje ulubione owoce i warzywa. O podium walczyły zawsze truskawki i arbuzy oraz pomidory i ogórki (nietrudno dostrzec podobieństwo tych dwóch grup). Jeśli chodzi o warzywa, długo wygrywały chrupiące, małe ogórki o krokodylej skórze, z owocami miałam problem, choć raczej składałam się ku arbuzowi.
Dzisiaj bez wahania mogę powiedzieć, że ze wszystkich warzyw i owoców najbardziej kocham pomidory. Oddam za nie wszystkie arbuzy i ogórki świata, a nawet (choć z bólem) truskawki. Kocham pękate pomidory malinowe, obezwładniające zapachem, smakiem i kolorem bawole serca, słodkie różnokolorowe pomidorki koktajlowe... W sezonie moim najczęstszym śniadaniem jest pomidor skropiony oliwą, z odrobiną soli, pieprzu, octu balsamicznego i bazylii, czasem lubię zjeść go z pokrojonym w kostkę ogórkiem małosolnym i śmietaną (nie oszukujmy się, nie ma co dodawać jogurtu, nigdy nie zastąpi gęstej, kwaśnej śmietany, która jest w stanie udźwignąć smak ogórka i pomidora), jak za czasów dzieciństwa. Niekiedy daję się skusić na jajecznicę z pomidorami albo szakszukę lub grzankę z pokrojonymi w kosteczkę pomidorami o aromacie bazylii, oliwy i czosnku.
Dzień bez pomidorów to dzień stracony. A kiedy nadchodzi pomidorowa pełnia, podpiekam, suszę, miksuję, by delektować się szeregiem pomidorowych dań. Zupy, sosy, makarony, grzanki z suszonymi pomidorami, słodkie pieczone pomidorki koktajlowe... Kilka miesięcy temu obawiałam się, że ciąża odbierze mi ochotę na pomidory, na szczęście tak się nie stało, wręcz przeciwnie - wydaje mi się, że mój głód pomidorów wzrósł.
***
Dzisiaj chcę podzielić się niezwykle prostym przepisem. Zawsze, kiedy mam takowy opublikować, zastanawiam się, czy to ma sens - w gąszczu skomplikowanych receptur, nietypowych połączeń smakowych, proste rzeczy śmierdzą banałem. Ale potem okazuje się, że to, co dla mnie banalne i oczywiste, dla innego jest wielkim odkryciem i wchodzi do stałego repertuaru. To dla mnie największy zaszczyt.
A więc dzisiaj zapraszam na pomidorówkę babci Ani, do zrobienia w sezonie pomidorowym, wyłącznie z najsłodszych, najdelikatniejszych, najpyszniejszych pomidorów, broń boże z zapuszkowanych, kupnych kwasów!
Pomidorowa w pełni sezonu nie potrzebuje wielu dodatków, wręcz przeciwnie, wg mnie ona traci, jeśli mocno zakłócimy smak. Dlatego nie polecam przygotowywać jej na wywarze warzywnym, a już na pewno nie mięsnym (ten smak drobiu w tle...). Wystarczy masło i młoda cebulka, nic więcej! Gotową zupę babcia zawsze doprawia śmietaną kremówką, która nadaje jej aksamitności i potęguje delikatność, ale dobrze sprawdza się tu również kwaśna śmietana. Ideałem jest podać to danie z lanymi kluseczkami, ale moje lenistwo sprawia, że podaję ją z grzankami albo nawet bez żadnych dodatków.
Ta pomidorówka może stanowić cudowną bazę do dalszych kombinacji smakowych. Najlepiej dorzucać do niej dodatki już na talerzu, po rozlaniu zupy. Ja lubię ją podawać z:
- kilkoma łyżeczkami bazyliowego pesto
- uprażonymi płatkami migdałowymi
- odrobiną pokruszonego sera feta (słodycz pomidorów kontra słoność fety - cudowne!)
- czarnymi oliwkami z kaparami i świeżą bazylią
- podsmażonymi z czosnkiem krewetkami.
Dopóki są pomidory, dopóty możemy szaleć!

SEZONOWA POMIDOROWA BABCI ANI
1 kg najlepszych, najsłodszych, miękkich, dojrzałych pomidorów
ok. 2 szklanki wody
1 młoda cebula
2 łyżki masła
ok. 100 ml kremówki lub kwaśnej śmietany
Cebulę kroję w piórka. W dużym garnku o grubym dnie roztapiam masło, dodaję cebulkę, solę ją i duszę, aż zmięknie.
W tym czasie pozbawiam skórki pomidory (w tym celu nacinam ich skórkę, umieszczam je w dużej misce, zalewam wrzątkiem i po minucie odcedzam, obieram ze skórki i pozbawiam szypułek). Pomidory kroję w mniejsze części i dodaję do cebuli, dusząc kilka minut. Następnie zalewam je wodą (powinna przykryć warstwę warzyw), solę i gotuję pod przykryciem do miękkości.
Zestawiam z ognia, miksuję na gładką masę, doprawiam odrobiną pieprzu (i soli, jeśli trzeba). Jeśli zupa jest za gęsta, można dodać do niej wody. Najpyszniejsza jest z lanymi kluseczkami.
Uwagi:
1. Tę zupę rozłożyłam na czynniki pierwsze powyżej.
2. Inne pomidorówki, które zajadamy:
- zupa z pieczonych pomidorów z zielonym środkiem (klik)
- gazpacho (klik)
- Rodowa Czosnkowa (klik).
* to obecnie takie modne słowo, choć dla mnie w wydaniu restauracyjnym łączy się często również z pozbawieniem potrawy smaku;

Okulary, długopis, sukienka, książka, nic nadzwyczajnego, kilka spośród milionów przedmiotów. Ale pod niektórymi z nich pod warstewką pozorności kryje się ogromny ładunek emocjonalny.
Biała bawełniana sukienka z guzikami imitującymi perełki, która wisi w mojej szafie. Moja mama była w nią ubrana, gdy pozowała do zdjęcia w Wenecji. Na głowie miała słomkowy kapelusz, na uszach klipsy ze sztucznych perełek przypominając kiście porzeczek. Jest początek wakacji, mama jest uśmiechnięta, odprężona i dumnie pręży brzuch - w październiku urodzi się moja najmłodsza siostra Ewa. Osiemnaście lat później ubieram tę sukienkę i idę na spacer nad morze, dumnie prężąc mój brzuch.
Książka "Encyklopedia pszczelarska". Stoi na półce pośród moich książek kucharskich i trochę dziwnie wygląda w tym towarzystwie. Może wygodniej było jej na regale dziadka, pośród pozycji poświęconych drugiej wojnie światowej, dzieł Mickiewicza i albumów o Wilnie, ale musi przyzwyczaić się do zmiany miejsca. Kiedy w marcu tego roku przyjechałam do Wielunia, odwiedzić dziadka, który zaczął poważnie chorować, ten powiedział, bym coś sobie wybrała z jego biblioteczki. Początkowo nie miałam takiego zamiaru, ale po czasie stwierdziłam, że wrócę z pamiątką. Nie zastanawiałam się długo, co najbardziej z nim mi się kojarzy. "Encyklopedia pszczelarska" to on, jego ule, miód, którym długo nas raczył. Kilka lat temu musiał je sprzedać, nie miał już siły, by doglądać pszczół.
Czerwone szelki. Męskie okulary o grubych szkłach. Kalendarz z wypisanymi drżącą ręką datami urodzin dzieci, wnuków, prawnuków, synowych, zięciów i pozostałych członków rodziny. Szary kaszkiet zatknięty na wieszak w przedpokoju. Puste słoiki w piwnicy. Lupa, która zawsze spoczywa w towarzystwie krzyżówek i kilku długopisów. Białe przenośne radyjko. Przyjeżdżam do dziadków, a wszystkie przedmioty wyłaniają się z pomieszczeń i kłują w oczy. Bo od lipca nie są już zwykłymi rzeczami, a symbolami, zbiorem wspomnień i wyciskaczem łez.
Mój dziadek odszedł.
Siedzę w jego pokoju.
Zawsze uporządkowany, gazety po prawej stronie biurka, kalendarze i zeszyty po lewej, na krawędzi otwieracz do kopert, lampka dająca nikłe światło, metalowy świecznik z białą świecą. Stary twardy fotel, a przy nim szafka nocna z radyjkiem. Na parapecie kilka kaktusów i storczyk. Regał ze starannie wyselekcjonowaną kolekcją książek (dziadek zawsze ganił mnie za kupowanie pozycji, które długoterminowo do niczego nie służą, dopiero po latach dojrzałam do ukierunkowania własnego księgozbioru i głupio mi z powodu wszystkich kupionych kiedyś czytadeł), fotografiami i innymi drobiazgami. Wąska szafa mieszcząca całą jego garderobę, wszystkie te spodnie z kantem, szelki, koszule i podkoszulki w burych kolorach, niezmienne od kilkudziesięciu lat.
Każdy przedmiot uruchamia lawinę wspomnień, mogłabym tak siedzieć kilka dni i ciągle grzebać w myślach.
Widzę, jak malutkimi palcami o skórze cienkiej jak pergamin zapina szelki na spodniach, jak czyta gazetę wciśnięty w kącik przy kaloryferze, sącząc kawę z mlekiem i zagryzając to krakersem. Widzę, jak siedzi przy biurku zanurzony w swoim uporządkowanym świecie, wypisując na pożółkłej kartce plany na najbliższy miesiąc, robiąc spis prac działkowych czy spisując miesięczne wydatki Związku Kombatantów Polskich, którego był sekretarzem. Kiedy byłam mała, najbardziej lubiłam przesiadywać w jego pokoju, zawsze udostępniał mi swoją świątynię do moich "ważnych" prac - odpisywania na listy, czytania książek, pisania opowiadań. Sam z resztą mocno mnie dopingował w tym, co robiłam. Nauczył mnie pisać listy, w sklepie ze starociami kupił mi szarą maszynę do pisania, był dumny z pierwszych sukcesów literackich i mówił, bym nie przestawała.
Idę do kuchni, zaglądam do szafek.
Nawet gruba brązowa szklanka jakich wiele to mozaika wspomnień, to jego herbata, którą wypijał o poranku do kanapki z szynką, to przedpołudniowa porcja kawy rozpuszczalnej zalanej niewielką ilością mleka i głośne siorbanie. Nawet mleko... Kiedy byłam mała, wstawałam razem z nim i towarzyszyłam mu przy śniadaniu, zajadając płatki kukurydziane z ciepłym mlekiem, które często przyrządzał. Potem kładłam się do łóżka, by dwie, trzy godziny później wstać i zjeść drugi posiłek, tym razem z babcią. Te poranki starałam się wyłapywać również wiele lat później. Wstawałam, by wypić herbatę w jego towarzystwie, wspólnie pomilczeć albo i zamienić kilka słów.Jako że oboje woleliśmy ciszę i nie lubiliśmy rozmów o niczym, często witaliśmy nowy dzień w milczeniu, które żadnemu z nas nie przeszkadzało. Mi wystarczała sama obecność dziadka i myślę, że tak samo było z nim - lubił ze mną siedzieć, bo nie męczyłam go swoją osobą, szanowałam jego rytuały, nie wdzierałam się w jego codzienność, a raczej cicho się w nią wtapiałam.
Jedziemy z siostrami i kuzynami na działkę dziadków.
Początek lipca, niezwykle gorący lipcowy dzień, kilka godzin wcześniej odbyła się uroczystość pogrzebowa. Rozkładamy koce, kilkudziesięcioletnie leżaki pamiętające czasy świetności PRL-u, wyciągamy z altanki słomkowe kapelusze i przy zimnym piwie wspominamy dziadka. Wszystkie jego powiedzonka i zwyczaje, to, jak potrafił nas "zgasić", jego skrupulatny świat z książkami obłożonymi w szary papier, spisami przedmiotów znajdujących się na działce, zeszytami planów na kolejne lata, bliny z kwaśną śmietaną*, białego malucha, kaszkiety w wersji zimowej i letniej, skromność, pracowitość i hart ducha. Śmiejemy się, zagryzając paluszki i kwaśne kulki czerwonej porzeczki prosto z krzaczka (jeszcze rok temu robił z niej najpyszniejszą galaretkę). Myślę, że to najładniejsze pożegnanie, jakie mógł od nas dostać.
A teraz siedzę w domu i gładząc się po brzuchu, przeglądam fotografie, które robiłam podczas każdej wizyty w Wieluniu, pragnąc zachować ten skrawek świata, który powolutku zmierzał ku końcowi. Mam ich wiele, w tym zdjęcie okularów, malucha, blinów czy biurka, ale przede wszystkim fotografie dziadka w czerwonych szelkach i kaszkiecie, który wydawał się mieć na głowie przez całe dziewięćdziesiąt lat swego życia. Po wakacjach na świecie pojawi się mój syn, który na drugie imię będzie miał właśnie Jan. Pradziadek Jan byłby z tego zadowolony.
* a tutaj tekst poświęcony dziadkowi i najpyszniejszym pod słońcem blinom;
przepis na bliny znajdziecie z kolei w tym poście (ale mi jeszcze nigdy nie wyszły takie, jak powinny);
przepis na bliny znajdziecie z kolei w tym poście (ale mi jeszcze nigdy nie wyszły takie, jak powinny);


Uwielbiam, kiedy ktoś dla mnie gotuje. Nie zdarza się to często, więc kiedy trafia się taka okazja, ekscytuję się jak dziecko. Wącham, podjadam, fotografuję. A uczucie, kiedy siadam przy stole i otrzymuję talerz jedzenia, jest niezwykle miłe.
Zawsze gdy odwiedzam w Warszawie moją przyjaciółkę Ewę, wiem, że będę rozpieszczana. W weekendowe poranki budzi mnie zapach kawy, czasem Ewa raczy mnie świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy. Menu śniadaniowe zmienia się w zależności od sezonu.
Podczas ostatniej wizyty na stole pojawiło się "Śniadanie Kasi Tusk". Jak wyjaśniła Ewa, przepis na ów posiłek wyszperała kiedyś na stronie tej znanej blogerki. Odtąd jajko sadzone z boczkiem podane na szpinaku z pomidorkami koktajlowymi nazywa "śniadaniem Kasi Tusk".
Swoją drogą, stałą pozycją mojego menu jest "Śniadanie Sherlocka Holmesa", grzanka z dziurką wypełnioną jajkiem sadzonym (przepis pochodzi z "Całusków Pani Darling" Małgorzaty Musierowicz).
***
Jegomość, którego widzicie na dwóch zdjęciach, to Smyk. Nie odstępował nas na krok, a kiedy zaczęłam robić zdjęcia, przyglądał mi się z ogromnym zaciekawieniem.
Swoją drogą, stałą pozycją mojego menu jest "Śniadanie Sherlocka Holmesa", grzanka z dziurką wypełnioną jajkiem sadzonym (przepis pochodzi z "Całusków Pani Darling" Małgorzaty Musierowicz).
***
Jegomość, którego widzicie na dwóch zdjęciach, to Smyk. Nie odstępował nas na krok, a kiedy zaczęłam robić zdjęcia, przyglądał mi się z ogromnym zaciekawieniem.
2 garstki szpinaku baby (drobnolistnego)
8 pomidorków koktajlowych
4 cieniutkie plasterki wędzonego boczku
2 jajka
sos:
1 łyżeczka musztardy
1 łyżeczka miodu
3 łyżeczki oliwy
1 łyżeczka soku z cytryny
sól i pieprz do smaku
Rozgrzewam patelnię i wysmażam na niej boczek do ulubionej konsystencji. Boczek odstawiam na talerz wyłożony ręcznikiem papierowym. Zlewam z patelni większość wytopionego tłuszczu, pozostawiając ok. 1 łyżkę. Na niej smażę jajka sadzone.
Umyte pomidorki przekrawam na pół. Składniki sosu mieszam (ewent. zmieniam proporcje wg uznania).
Na dwóch talerzach układam po garstce świeżego, umytego szpinaku i pomidorki. Polewam to sosem miodowo-musztardowym. Następnie układam po dwa plastry boczku, a na nich po jajku sadzonym. Podaję.
Uwagi:
1. Przepis na 2 porcje śniadaniowe.
2. To idealne śniadanie na leniwą sobotę, ale też i na niedzielę po nieprzespanej, imprezowej nocy :)
3. Pod tagiem "w kuchni u rodziny i przyjaciół" znajdziecie więcej przepisów na potrawy, które gotują dla mnie bliscy.
Jak większość mężczyzn, dziadek Janek przeżył renesans kuchenny w późniejszym wieku. Zawsze robił pyszną tłustą jajecznicę na boczku, czasem usmażył kotleta schabowego i przygotowywał z babcią przetwory na zimę, ale po kuchni zaczął się krzątać na emeryturze.
Dzisiaj ma swoim repertuarze kilka żelaznych pozycji, które przygotowuje na nasz przyjazd. Jedną z nich jest babka dziadka (właśnie pod taką nazwą wypiek funkcjonuje w naszej rodzinie), czyli ucierane ciasto waniliowo-kakaowe. W któreś święta dziadek dostał w prezencie formę do muffinów i papilotki w kropeczki, w związku z czym babka czasem zmienia formę i przeistacza się w babeczki dziadka.


Niekiedy jesteśmy częstowani długo pieczoną, mocno czosnkową karkówką, czasem smażoną na klarowanym maśle rybą, ale od zawsze największym rarytasem, jaki wychodzi spod rąk dziadka są bliny. Jak na Kresowiaka przystało, przepis na bliny wyniósł ze swojego domu, gdzie wypiekała je jego mama, babka i zapewne prababka.
Wilgotne, upstrzone siateczką dziurek placki tradycyjnie podaje z wysmażonymi plastrami boczku i jajkami sadzonymi. Jako dziecko najbardziej lubiłam maczać je w kwaśnej, gęstej śmietanie, dzisiaj bardziej smakuje mi opcja z jajkiem, co nie zmienia faktu, że drugiego blina jem ze śmietaną.
Nie pytajcie o kaloryczność tego dania, to nie wypada!
Przepis na bliny razem z naszą "blinową" historią już kiedyś publikowałam na blogu (o, tutaj), ale lojalnie uprzedzam, że nigdy nie wyszły mi takie, jak spod ręki dziadka.
A zdjęcia, które oglądacie, zrobiłam w tym samym czasie, co sesję kuchenną z babcią, która z kolei smażyła moje ukochane racuszki z twarogiem...
A zdjęcia, które oglądacie, zrobiłam w tym samym czasie, co sesję kuchenną z babcią, która z kolei smażyła moje ukochane racuszki z twarogiem...

Zawsze zazdrościłam tym, którzy mają blisko do swoich dziadków i mogą ich odwiedzać kilka razy w miesiącu, zajść na herbatkę czy talerz zupy. Mnie dzieli od nich ponad 400 kilometrów. Widujemy się kilka razy w roku i nigdy nie zdarzyło mi się wpaść do nich ot tak, na chwilę, porozmawiać, pochwalić się nowym artykułem, pierścionkiem czy przynieść kawałek sernika upieczonego zgodnie ze wskazówkami babci.
Zazdrościłam na przykład Tomkowi, który zachodził do swej babci na słodkie naleśniki z twarogiem, z tą obłędnie chrupiącą falbanką (bratu Tomka babcia smażyła placki ziemniaczane z cukrem). Sama kilka razy uczestniczyłam w takim obiedzie, popijając kompot ze szklanki ze złotą obwódką i rozmawiając o sąsiadce z góry, która ciągle pożycza pieniądze. Czasem babcia serwowała białą kiełbasę duszoną z dużą ilością słodkiej złotawej cebuli - wystarczyła jedynie kromka świeżego chleba, by ten posiłek sięgnął ideału.
Kiedy zaczęłam interesować się kulinariami i fotografią, coraz częściej odwiedzałam kuchnię dziadków z aparatem w dłoni.
Podchodzili do tego niechętnie i do tej pory niewiele się w tym zakresie zmieniło: babcia Ania nie godzi się na zdjęcia bez makijażu, dziadek Janek w ogóle nie życzy sobie fotografowania. Zawsze więc wyjaśniam, że uwieczniam tylko proces gotowania, ich dłonie, naczynia i kuchnię (nie fotografuj tego bałaganu! Robisz zdjęcia brudnym naczyniom? Poczekaj, wezmę ten ręczniczek poplamiony...), nic więcej.
Te argumenty do nich przemawiają. Opuszczam kuchnię z serią zdjęć dokumentujących smażenie racuszków, blinów czy naleśników.

Zdjęcia, które widzicie, zrobiłam ponad dwa lata temu. Był gorący lipcowy dzień, babcia ubrała fartuch w kwiaty i zabrała się za przygotowywanie jednego z moich ukochanych obiadów z dzieciństwa: pachnących wanilią racuszków z twarogiem.
Niegdyś wolałam wersję jabłkową, z czasem skłoniłam się ku serowym... A może było na odwrót, sama nie wiem; tak naprawdę to nieistotne - dzisiaj wielbię je jednakowo. W mojej wyobraźni urosły już do rangi symbolu, ich słodycz to zarazem smak dzieciństwa, beztroski, wakacji na działce i wypadów nad Wartę. Racuszki są puszyste, mają chrupiące brzegi i jeszcze nigdy nie wyszły mi tak pyszne, jak babci, dlatego też nie podejmuję się ich robić. Mama też próbowała odtworzyć ich smak, ale bezskutecznie: babcine zawsze wygrywają.

Zdjęcia, które widzicie, zrobiłam ponad dwa lata temu. Był gorący lipcowy dzień, babcia ubrała fartuch w kwiaty i zabrała się za przygotowywanie jednego z moich ukochanych obiadów z dzieciństwa: pachnących wanilią racuszków z twarogiem.
Niegdyś wolałam wersję jabłkową, z czasem skłoniłam się ku serowym... A może było na odwrót, sama nie wiem; tak naprawdę to nieistotne - dzisiaj wielbię je jednakowo. W mojej wyobraźni urosły już do rangi symbolu, ich słodycz to zarazem smak dzieciństwa, beztroski, wakacji na działce i wypadów nad Wartę. Racuszki są puszyste, mają chrupiące brzegi i jeszcze nigdy nie wyszły mi tak pyszne, jak babci, dlatego też nie podejmuję się ich robić. Mama też próbowała odtworzyć ich smak, ale bezskutecznie: babcine zawsze wygrywają.
A ta garstka zdjęć musi mi wystarczyć do następnego spotkania.
![]() |
| rozlewanie soku do słoików |
Najbardziej lubię maliny z sierpniowych i wrześniowych zbiorów. Wydają mi się bardziej wysublimowane w smaku, słodsze i pełniejsze.
Wujek Jurek, który zaopatruje rodzinę w najpyszniejsze pod słońcem pomidory, nieopodal szklarni ma jeszcze rząd bujnych krzaków malinowych. To z wujkowych malin dziadkowie robią soki, które zimą ratują mnie od depresji i przeziębienia.
Rok temu byliśmy z Tomkiem na zbiorach u wujka - urodzaj owoców sprawił, że czułam się jak w raju, jadłam owoce garściami, nie zważając na plamiący mi sukienkę sok. Po powrocie do mieszkania dziadków, ruszyła malinowa produkcja. Mimo najszczerszych chęci, nie mogłam w niczym pomóc, bo przecież nie mogę dotknąć gorącego słoika albo podpalić skropionej uprzednio spirytusem nakrętki!
Przysiadłam więc na drewnianym stołku w kącie kuchni i obserwowałam tę pachnącą malinami pracę. Do Gdańska wróciłam z garstką zdjęć i kilkoma słoikami soku.
![]() |
| skrapianie nakrętek spirytusem |
![]() |
| zakręcanie słoików |






















